Miałem dwa dni całe wolne, pomimo tego nie chciało mi się jechać nigdzie daleko w beskidy - na nie już niedługo przyjdzie pora. Wybrałem się więc w Góry najbliższe Wawie, i najniższe zarazem - czyli Świętoktrzyskie właśnie. A i tak potrzebowałem Łysicy do KGP... no więc odjazd...
Po 3 godz. snu wstaje w sobote o 3 rano. Wsiadam do nocnego autobusu i od razu widać trzech podejrzanych gości. Myślę sobie - kanary. Rzeczywiście to kanary. Jeden z nich podchodzi i sprawdza mi bilet. W sumie śmiesznie to wyglądało, za każdym razem kiedy wchodziła nowa osoba jeden z nich podchodził i sprawdzał bilet. TEgo poranka chłopaki zrobili chyba ze 200% normy.
Do Centralnego dojeżdzam tak na styk, od razu udaje się na peron, nie ma już czasu na kupno biletu. Przychodzi godz. 5.16 - odjazd... zaraz tylko jakoś nie widzę pociągu. Po chwili miły głos oznajmia przez głośnik mniej więcej taki komunikat:" Pociąg relacji Warszawa - Kielce będzie opóźniony... 2,30 godz.... mogę zrozumieć 15...30 min. ale tyle czasu Przyzwyczaiłem się już do cuchnących kibli w pociągach pospiesznych... ale to za wiele. Na szczęście następny mam za 1,30. Przez godz. siędzę w poczekalni poczytując górską literaturę. Drugi przyjeżdza już o czasie. Podróż trwa 3,30. Pogodowo - piekarnia.
Po przyjeździe za pokierowaniem miejscowych odnajduje stacje busów. Dojeżdzam do wsi Święta Katarzyna - skąd odchodzi czerwony szlak na Łysice. Po kupieniu wejściówki ruszam.... Narzucam od razu dość szybkie tempo. W końcu jak się dobrze nie zmęczę, to nawet nie poczuje że byłem w górach. Łysica okazuje się stertą kamieni z krzyżem i tabliczką. Robię zdjęcia i... coś dziwnego, zabrakło pamięci. Otwieram klapke i... brak karty pamięci... Ale ubaw. Tej pamięci wbudowanej starczy na około 15 fotek. Najważniejsze żeby tylko na Łysicy zrobić. Przynajmniej nie będzie kolejnych 20 zdjęć mojej gęby. Ruszam dalej. Zastanawiają mnie tylko szlakowskazy - czasy tam podane są chyba dla inwalidów. Fakt, szybko chodzę, ale to co oni tam piszą to już przesada. Wychodzę z Puszczy Jodłowej, teraz idąc asfaltową drogą przez wsie. W pewnym momencie mam problem z wyborem kierunku marszu. Albo ja jestem ślepy, ale tamtejsze szlaki są słabo oznaczone. Idę dalej, po chwili zagaduje do mnie chłop który stoi przy drodze. Uświadamia mi że źle idę, wskazując ręką, pokazuje właściwy kierunek. Częstuje mnie truskawkami ze swojego pola przy którym stoimy. Rozmawiamy sobie z 10 min. na temat wyższości wsi nad miastem... po czym dziękuje mu za wskazówki i ruszam już w dobrym kierunku, szlakiem Massalskiego. Po drodze schodzę ze szlaku. Cały czas wiem gdzie jest - bo jest zupełnie na skraju lasu, czyli trafić nie trudno. Jednak najpierw muszę przebić sie czasem przez gęste ściany jodeł. A że jestem tylko w spodenkach i koszulce to przyjemnie nie jest. Przechodzę przez przeł. Hucką kieruje się okropną asfaltową drogą, na której ślizgają się kijki, na Łysą Górę. Tutaj oczywiście słynne gołoborza. Za wstęp ma taras widokowy zapłacić trzeba. Ale ja mam już karte wstępu, którą nabyłem przed Łysicą. Tutaj w końcu jakaś panorama okolicy. Stąd też odjeżdzam busem do Kielc. Pociąg do Wawy? łał! znów opóźniony. Tylko 30 min. Co za łaska kolei że tylko tyle.. O 22 znów "piękny" Pałac Kultury staje swym obliczem. I tak to się kończy.
Poniżej kilka fotek:
Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-07-2009 10:39 PM przez przemo.
Przemo, temu się mówi wykorzystanie czasu na 100%.
P.S. Chyba z powodu wielkiej ilości wędrówek zapomniałeś, że mamy lato i czas pisać temu podobne relacje w nowym temacie
Powodzenia Warszawiakom.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-07-2009 10:55 PM przez Stasiu.
ale fajnie maiłeś Przemo Juz sobie wyobrażam swoja minę jakby mi o tej porze powiedzieli ze o tyle mam opóźniony pociąg... Rozkręciłeś się ze szlakami Pozdrawiam!
"Gdy maja Cię wieszać poproś o szklankę wody - nigdy nie wiadomo co się stanie, zanim przyniosą"
no te spóźnienie to faktycznie nie fart, na szczęście aż tak długo nie czekałeś
a co do czasów to raz udalo mi sie iść nawet dłużej niż podawali ale to dlatego że co chwila była przerwa na zdjęcia i szłam spacerowym tempem. a pozatym lepiej jak jest podawany dłuższy czas i przechodzisz szlak szybciej niż miałbyś się nie zmieścić i gdzieś po drodze okazałoby się że noc Cię zastała w połowie drogi
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska
no te spóźnienie to faktycznie nie fart, na szczęście aż tak długo nie czekałeś
a co do czasów to raz udalo mi sie iść nawet dłużej niż podawali ale to dlatego że co chwila była przerwa na zdjęcia i szłam spacerowym tempem.
no własnie... dla mnie przecież w górach wszystko tak piękne że nie mogę czasem się rozpędzić, bo tylko te zdjecia robię
Wyprawa w Tatry
Dzień pierwszy
Jadąc pociągiem jeszcze nie wiedziałam na jakie szlaki mnie poniesie. Decyzja zapadła dopiero przy wsiadaniu do busa, padło na Wołowiec.
Przed 8 rano wysiadam w Roztokach i idę Doliną Chochołowską, droga dłuży mi się trochę, trasa jak na niedzielny spacer. Staram się pokonać ten odcinek jak najszybciej.
W końcu dochodzę do schroniska, tam krótka przerwa na posiłek i szybko ruszam dalej. Nie sądziłam że przyjdzie mi tu wrócić, ale jak pokazał dalszy ciąg dnia byłam okazało się inaczej. Powoli nabieram wysokości, droga na Grzesia jest bardzo przyjemna, miejscami trochę błota, jednak bez szaleństw da się je spokojnie ominąć. Chciałam posiedzieć trochę na szczycie ale się nie dało. Powody były dwa, jeden paskudne muchy, całe chmary które nie dawały spokojnie cieszyć się pobytem w górach (Stasiu miałam okazję poznać jeden z punktów minusów kijków, faktycznie odganianie much łapkami uzbrojonymi w kijki może skończyć się dosyć boleśnie) a drugim powodem były chmury, nie wyglądały one za ciekawie. Zastanawiałam się czy iść dalej czy może lepiej wracać. A co tam- myślę i ruszam w górę bacznie obserwując niebo, aby jednak w razie konieczności uciekać w dół.
Na Rakoniu zatrzymuje się tylko w celu wykonania paru fotografii i lecę dalej, coraz wyżej i wyżej. Dziwi mnie mała ilość turystów na szlaku, jakby nie było pełnia sezonu a nie spotykam za wielu osób. W miarę zbliżania się do szczytu Wołowca zaczynam odczuwać zmęczenie wywołane nieprzespaną nocą, efekty delikatnego przytrucia pokarmowego które męczyło mnie w pociągu. Idę coraz wolniej, ale ciągle do góry. Na szczycie trzeba zarzucić jakąś kurtkę na siebie, wieje mocno, a całe plecy mam mokre, nie chcę złapać zapalenia płuc. Siedzę tam chwilę podziwiając Rochacze, wzywają mnie do siebie. Mam chęć iść tam, ale czas mi na to nie pozwala, żegnam się z nimi i mam nadzieje poznać je bliżej przy kolejnym spotkaniu z tatrami.
Zbierając się powoli dziwię się bardzo, bo z grupy siedzącej na szczycie jako jedyna decyduje się iść w stronę Jarząbczego, reszta wraca tą samą drogą.
Idę coraz wolniej, nie sądziłam że nieprzespana noc tak mi się da w znaki. Tempo mojego marszu z kroku na krok zwalnia coraz bardziej. Są momenty kiedy idę nie patrząc do góry, nie chcę widzieć ile mi jeszcze zostało. Mniej więcej od niskiej przełęczy muszę robić coraz częstsze przerwy, wcale mi się to nie podoba. Po raz pierwszy mam do czynienia z taką sytuacją, zupełnie nie poznaję mojego organizmu. Nie mam jednak wyjścia, muszę jakość dojść do kończystego i z tamtąd w dół. Planowałam wcześniej wejście na Starobociański, ale muszę o tym zapomnieć dzisiejszego dnia. Trzeba uciekać do schroniska, w dodatku nie do Ornaku jak wcześniej planowałam, a na polanę chochołowską.
Wytracam coraz szybciej wysokość, w końcu docieram do schronu. Tam jeden z turystów wita mnie słowami ?ledwo żywa, ale żywa?. Oddają one mniej więcej to jak się czułam. W recepcji uśmiecha się do mnie szczęście, zajmuje ostatnie wolne łóżko, Ci co byli za mną będą musieli spać na glebie
Szybko pakuje się pod prysznic, zjadam jakiś ciepły posiłek żeby na żołądku zrobiło mi się lepiej i idę spać. Jeszcze było widno jak zasypiałam.
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-07-2009 07:47 PM przez Edyta85.
Dzień drugi
Pobudka o jakiejś 5, w pokoju już się kręcą. Trzeba się szybko zbierać, w planach miałam czerwone, z Ornaku byłoby zdecydowanie bliżej. Pakuje plecak, schodzę na dół, śniadanie jem w tempie ekspresowym i ruszam na szlak. Przy Ornaku odbija na zielony szlak, którym pomykam dosyć szybko. Droga przez las dłuży mi się niemiłosiernie? W końcu jednak wychodzę nad granicę drzew, cieszę oczy widokami, im wyżej tym lepsze. Na wysokim grzbiecie robię sobie przerwę na wczesny obiad, nie ma to jak jeść przy pięknej panoramie. Mój spokój mącą grzmoty, nie ma czasu na siedzenie. Zbieram się szybko, idę dalej, w razie czego będę uciekać szlakiem czerwonym w dół. Wieje jednak dość mocno więc mam nadzieję że przegoni burzowe chmury dalej. Powoli robi się Zadziorna pogoda, widoczność nie większa niż 10m, dodatkowo kropi lekki deszcz. Nie jest ta źle, myślę sobie. Czerwone będą dziś moje, uśmiecham się i w tym momencie słyszę niesamowity grzmot, jakby walnęło gdzieś zaraz obok mnie (chyba jednak ktoś ma odmienne zdanie co do moich czerwonych tego dnia). Nie chcę ryzykować, chociaż ogarnia mnie wściekłość, gdyby nie wczorajsza zmiana miejsca noclegowego już z pewnością dawno stałabym na szczycie a tak co??? Muszę schodzić.. jestem zła, ale wiem że nie warto ryzykować? Deszcz nie pada, ale cały czas słyszę grzmoty. Po jakiś 30 minutach wypogadza się. Gdzie ta burza?? Co się z nią stało?? Wrrrrr?. Wracać się na górę, czy zejść jednak na dół?
Zatrzymałam i się zastanawiam. W międzyczasie robię sobie serię zdjęć z samowyzwalacza. Już miałam iść do góry, kiedy znowu ujrzałam nadciągające paskudne chmury. O nie, schodzę.
Już w jak byłam w dolinie kościeliskiej zaczął lać deszcz.
Chciałam wejść na czerwone, ale nie było mi to dane. Będzie kolejny powód by tam wracać.
Na szlakach było mało ludzi, ale w Zakopanym niesamowite tłumy.
Jeszcze nie wyjechałam z Zakopanego, siedziałam i czekałam na odjazd i już planowałam powrót?. W te wakacje w planach mam częste wizyty na szlaku, czas pokaże ile z nich uda mi się zrealizować.
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-07-2009 07:48 PM przez Edyta85.
z tego co pamiętam to podejście na Jarząbczego naprawdę długie i mozolne, az się nie chce z dołu patrzeć ile jest do przejścia, dobrze że stopnie tam dobre, droga się nie obsyouje pod nogami
no i szkoda że ta burza nie pozwoliła dalej iść
ale całkiem ładna podróż
padło na Wołowiec.
Przed 8 rano wysiadam w Roztokach i idę Doliną Kościeliską,
yyyyyyyyyyyy
tak wychodzi jak się robi za dużo na raz, już poprawiłam.... A swoją drogą z kościeliskiej też da sie dojść
Sokół napisał(a):
Edyta85 napisał(a):
Zadziorna pogoda
a co to za odmiana? Pogoda madziorna plus grzmoty gratis czy jaki diabeł?
miało być Madziorna
ale wtopa
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-07-2009 07:43 PM przez Edyta85.
zadziorna pogoda, może i być jak napisałeś, Madziorna z grzmotami gratis
a ijedna fotka jeszcze z masą towarzyszy, których nie sposób się było pozbyć, a przecież myłam sie dzień wcześniej
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-07-2009 07:52 PM przez Edyta85.
Edziunia, i jak wrażenia po wstąpieniu do kółka samotnych wilkow/wilczyc górskich? Powiedz sama, prawie same plusy pustelniczych wędrówek, prawda? Oj, wkręciłaś się dziewczyno. To teraz cotygodniowe relacje, żeby grupie sądeckiej konkurę uczynić?
Szczególnie podoba mi się fota ostatnia z pierwszego dnia...
Wtopa jest Ci darowana
Edziunia, i jak wrażenia po wstąpieniu do kółka samotnych wilkow/wilczyc górskich? Powiedz sama, prawie same plusy pustelniczych wędrówek, prawda?
ma swoje plusy jak i minusy. Czasami lepiej jest z kimś wędrować a czasami samemu lepiej.
A tak w ogóle to nie była moja pierwsza samotna wyprawa w góry (w zeszłym roku sama chadzałam po beskidzie sądeckim)
magda.d.77 napisał(a):
Oj, wkręciłaś się dziewczyno. To teraz cotygodniowe relacje, żeby grupie sądeckiej konkurę uczynić?
wkręciłam się już dawno . Jak się uda to może i zrobi się konkurencję NS
W sumie dojazd mam niezły, więc jest to do zrealizowania. Zobaczymy jak często będe pojawiać sie na szlakach
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska
Edyta, pogartulować jednak moim zdaniem udanej wyprawy. Jak widziałem ostatnią fotę, to zaraz przypomniałem o sobie. Muszyska wtedy dawały wszystkim we znaki . Mam nadzieję, że + kijków przeważają nad -. Powodzenia
Dalszy samotnik nam się wyłania. Żeby to tylko nie było na wielką skalę.
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-07-2009 04:53 AM przez Stasiu.