Stasiu, a masz może jakieś zdjęcie z Chlebem w roli głównej? Chętnie bym zobaczyła.
Wszytkie zamieszczone kuszą
Mam trochę z innej wyprawy:
- widok z górnej stacji kolejki linowej, od lewej Steny, Hromové, Chleb
- widok z Chlebu na Hromové, Steny, w tyle Rozsutec i Stoh
- widok z P. Gruňa na Stoh, Wielki i Mały Rozsutec
Mam tego jeszcze więcej, ale nie mam czasu wszystkiego przygotować.
Ostatnia środa kwietniowa będzie kojarzyć się nam z Zachodnimi Tatrami. Zaczęło się jak zwykle, wyjazd z Krakowa - ja jednodniowy urlop, Dziencioł wolne na własne życzenie od uczelni. No i ruszyliśmy w drogę... ku górom, ku tatrzańskim szczytom
Plan na dziś dość popularny - pętla dookoła Chochołowskiej, ta niepełna czyli od Kończystego po Wołowiec. Siwa Polana i ruszamy. Tuż przed nami wystartowało na własnych rowerach dwóch goprowców z nartami na plecach. Poza tym pustki, jedynie parę psów pilnuje owiec w pobliskiej zagrodzie. Pierwsze kilometry dość nudne, asfalt, szeroka droga, wiadomo zresztą... Odbijamy na czerwony i dalej coraz mocniej do góry przez Kulawiec zdobywamy szybko wysokość. Gdzieś w górze zaczyna szumieć wiatr... oho będzie walka, ciekawe czy dopuści nas do przejścia główną granią Tatr.
Na Trzydniowiańskim wieje, ale jest lepiej niż przypuszczaliśmy, a ścieżka o ile w lesie poniżej była przykryta przez śnieg, tutaj nagrzewana wiosennym słońcem często odsłania się, tworząc warunki niemal letnie. Podejście na Kończysty w śniegu, ale trochę rozmiękłym - raki przy tych warunkach nie są potrzebne. I tak zdobywamy pierwszy dzisiaj dwutysięcznik. Łatwo, przyjemnie, ciepło wiosennie i co najważniejsze bezludnie. Ani jednego człowieka i to nie tylko wokół nas, ale jak okiem sięgnąć nikogo - na żadnej grani którą prowadzą szlaki turystyczne.
Dalej granią ku Jarząbczemu, generalnie warunki dobre, choć po północnej stronie nawisy zdecydowanie skłaniają nas do zachowania bezpiecznej odległości od nich. W jednym miejscu śnieg jakby trochę zmrożony, na parę metrów przydałyby się raki. Wyrąbuje butami kilka stopni w śniegu i chwilę później znowu łagodniej choć zachowując uwagę dreptamy ku kolejnemu dwutysięcznikowi.
Na Jarząbczym przerwa, nawet dość długa. Przejrzystość powietrza słaba, ale większość Tatr widać jak na dłoni, Tatry Niżnie trochę niewyraźne ale rozpoznajemy najwyższy Dumbier, którego to nie udało nam się zdobyć na początku zimy ze względu na zbyt krótki wówczas dzień...
Zejście na Niską Przełęcz odbywamy w warunkach letnich (pomijając kilka niewielkich płatów śniegu), a następnie znowu jak w kalejdoskopie, raz po śniegu raz bez niego, osiągamy wierzchołek Łopaty. Tutaj trzymamy się z daleka od krawędzi - potężny nawis budzi spory respekt. Chwilę później spotykamy pierwszego człowieka na szlaku, czytającego książkę gdzieś pomiędzy skałkami w okolicy Dziurawej Przełęczy.
Pozostaje nam ostatnie podejście na Wołowiec, troszkę już zmęczeni, ale bez przystanków wchodzimy na górę, a tam spotykamy goprowców o których wspominałem na początku relacji. Ci wkrótce zjeżdżają na nartach i szybko nikną nam z oczu, my schodzimy na przełęcz poniżej i udajemy się do Wyżniej Chochołowskiej. Kawałek z przełęczy zjeżdżamy co by było szybciej i przyjemniej. Dalej już tylko wędrówka po wiosennym śniegu, czasem pełnym niespodzianek.
Schronisko i zejście w dół. W Krakowie jestem po 19 godzinach od wyjazdu. Jutro do pracy, pobudka o 5.30 czas więc spać, ale kolejny górski dzień przyjemnie spędzony.
No Panowie, ładna wycieczka.
Świetna fotka czwarta od końca (z Rohaczami) i w ogóle te Tatry Zachodnie wiosenne mają coś w sobie - przez te łaty śniegu chyba
Jeszcze nigdy nie było mi tak trudno podjąć decyzji: czy chce mi się jechać w góry czy nie. Ale... wiedziałem że będę żałował jeśli zostanę w domu. Więc decyzja: Jadę. Plecak spakowany w rekordowym czasie 30 min. Aż dziwne że zapomniałem tylko koszulki na zmianę.
Moja wycieczka zaczyna się gdy odjeżdzam z Centralnego o godz. 00:47. Po 5 godz. wygodnej podróży zbliżam się do Bielska - Białej. Ze znanego przystanku, znanym autobusem nr 11 jadę w znajomym kierunku, czyli do Straconki. Przypomina mi się forumowa biba GŚ z grudnia. Wchodzę na szlak o 6:50. Popaduje trochę deszcz. Przechodzę przez p. Przegibek i na znaną Magurke. Tutaj drugie śniadanie.
Po 30 min. Jestem na Czuplu. Już słonecznie. W sumie na szlakach jak na razie pustawo. Przypomina mi się jak na grudniowej bibie zostałem przez pewną miłą osóbke konkretnie wkręcony w organizowanie nocnego wyjścia na Czupel ? do którego i tak by wtedy nie doszło. Tak też Przemo się w końcu Czupla doczekał.
Teraz niebieskim szlakiem w dół do Czernichówa. Czasami strome zejście może bardziej zmęczyć, niż droga do góry. Odpoczywam sobie na trawce przy zaporze, której monumentalność naprawde robi wrażenie. Otwiera się widok na jez. Żywieckie z jednej, a na Żar z drugiej strony.