Kraków i okolice. Leje drugi dzień z rzędu, a prognozy mówią wszystkie niemal jednogłośnie. Weekend będzie pod znakiem chmur, deszczu i zimna. Kiedy w piątek pojawiam się rano w pracy z plecakiem, widzę u co poniektórych spojrzenie litości skierowane w moją stronę
Popołudnie. Wsiadam w autobus. Z pracy mam bliżej niż z domu, tylko 70 km. Droga upływa w stałym umiarkowanym deszczu. Wjeżdżam do Zakopanego. 30 km za mną jedzie autobusem Majka, a około 100 km za mną Wojtek (nie forumowy). Bar Fis, który już działa po usunięciu zawalonego podwieszanego sufitu, stanowi miejsce oczekiwania. W końcu jesteśmy wszyscy razem. Przedostatnim busem tego dnia jedziemy do Kuźnic.
Leje. No ale lać miało. Szybko na Boczań, na Skupinów Upłaz i... aaaaa pada śnieg z deszczem. Jeszcze poniżej 1500 metrów. Mamy pierwszego lipca. Pięknie. Przemoczeni dochodzimy do Murowańca.
Pobudka 5 rano. Wstaję, podchodzę do okna, wracam do łóżka i zasypiam ponownie. Godzinę później historia się powtarza. Za oknem co prawda pada deszcz, ale to nawet gorzej niż śnieg. No i niemal nic nie widać. A to co widać to jest białe i to już niewiele powyżej schroniska.
Upływają kolejne godziny. Chwilami dopuszczamy do myśli jedynie zejście i powrót do Krakowa. Nagle przestaje padać. Myśli wędrują ponad 2000 m. Tylko gdzie? Warunki niewątpliwie są trudne. Spróbujemy Zadni Granat. W międzyczasie znowu zaczyna padać, lać, znowu chwila zrezygnowania. Znowu przestaje. Idziemy.
Odsłania się co nieco krajobrazu. Można by pomyśleć prędzej, że to jaki listopad a nie środek lata.
Czarny Gąsienicowy zostaje ze nami. Zostają też za nami wszyscy ludzie. Wchodzimy w rejon gdzie na szlaku już zaczyna zalegać śnieg, pokonujemy pierwszy próg aby stanąć okolicach Zmarzłego Stawu. Odbijamy w lewo i odtąd już sam muszę zakładać ślad. Ludzia tutaj żadnego dziś nie było. Ciekawe czemu

Wznosimy się ponad Zmarzły, rozpoczyna się zadymka. Jest fajnie 
Śniegu coraz więcej, coraz uważniej trzeba stawiać kroki. Śniegu jest na tyle dużo że przykrył dość szczelnie wszystkie kamienie, ale na tyle mało, że każde postawienie nogi na jakiejkolwiek szczelinie czy też pochyłym kamieniu może mieć bardzo nieprzyjemne w konsekwencji skutki.
Chwilami się zastanawiamy jak dalej biegnie szlak, bo śnieg sporo elementów orientacyjnych po prostu pozakrywał. Ostatecznie jednak bez większych odstępstw od właściwego przebiegu szlaku dochodzimy do rozstaju szlaku na Kozią Przełęcz, a później do rozstaju w kierunku Żlebu Kulczyńskiego.
Jesteśmy zatem na około 1940 m. Tutaj mamy już ujemną temperaturę. Śnieżyca sama w sobie nie jest nieprzyjemną. Chmury jednak mocno się przewalają po okolicznych ścianach. Krajobraz wygląda dość groźnie. Prognozy wiemy jakie były. Zdecydowanie niekorzystne. Dodając do tego fakt, że zielonym z Zadniego szedłem tylko jeden raz postanawiamy zawrócić. W obecnych warunkach co prawda pewnie byśmy wyszli może nawet i na szczyt, ale pogorszenie i tak już złej pogody, jak bylibyśmy w partiach szczytowych mogłoby stać się już przesadnie ryzykowne.
PS. Wg planów, które powstały ze 3 tygodnie wcześniej mieliśmy przechodzić dziś całą OP. Wyszło inaczej, niżej, zimniej i z wycofem. Jednak i tak wyjazd podsumowuję na plus. Troszkę szkoda Zadniego, gdybym wiedział o późniejszym chwilowym oknie pogodowym pewnie byśmy poszli do góry. Miało być jednak inaczej.
PS2. Drugiego dnia szliśmy w składzie ja i Wojtek.