Dzień rozpoczął się (Jak zwykle) o 6 rano od skuczenia Mallaidha na tylnym siedzeniu poloneza. (Jak zwykle) majaczył coś w temacie "spać, po co tak wcześnie jechać, skrócić trasę" i inne takie tam.
(Jak zwykle) oczywiście "bardzo" się Nim przejmujemy i (Jak zwykle) po 2 godzinach znaną na pamięć trasą lądujemy na chochołowskiej.
Nie (jak zwykle) zostajemy skrojeni za parking 15 zł (do tej pory 11
) i (jak zwykle) po szybkim zebraniu się ruszamy na trasę.
Tym razem trochę inaczej (jak zwykle), a więc Doliną Lejową. Trasa (jak zwykle) ulega szybkim modyfikacjom, w zależności od chęci uczestnikow do łażenia
Na odbiciu na Lejową stoją sobie autkiem Szanowne filance , grzecznie się Im kłaniamy i ruszamy zakladać ślad. Zimowo więc czołgamy się doliną. I (jak zwykle) nam się dłuży. Filance mijają nas po chwili korzystając z uroków bycia tpn-owcem i możliwości poruszania się na czterech kołach zamiast na dwóch nogach.
Mallaidh z Mieciurem (jak zwykle) cały czas coś bełkoczą o nartach, parapetach i innej boazerii, a każda polana (jak zwykle) wywołuje komentarze typu "jaki fajny zjazd".
Maciek (jak zwykle) dużo foci, (jak zwykle) przez to się wlecze na końcu. Czekamy na niego co kawałek, za którymś kolejnym razem najpierw słychać odglosy dziwnego rodzaju, które potem identyfikujemy jako czkawkę, dopiero potem pojawia się sam sprawca hałasu... I te dziwne odgłosy towarzyszą nam do samego odbicia na czarny szlak w stronę chochołowskiej.
Tam (jak zwykle) popas w punkcie orienacyjnym, (jak zwykle) Panowie mnie straszą wrzuceniem w śnieg i (jak zwykle) nic z tego nie wychodzi
Po dłuższym wypoczynie na polanie zwijamy się w końcu i ruszamy ścieżką nad Reglami.
Po chwili jednak tempo marszu drastycznie spada, a to przez różnorakie gałęzie, drzewa i inne badziewia leżące na szlaku. Zaraz zaraz... ale czy to jest na pewno szlak??
ojć... (jak zwykle) 
Cóż, Mieciur wysłany zostaje w poszukiwaniu szlaku i po chwili krzyczy "chodźcie". wyznaczona przez Niego trasa (jak zwykle) ma niewiele wspólnego z normalnością - miejscami musiałam iść na czworakach
I ponoć jeszcze nas nie było widać a już było słychać co myślimy o tej trasie 
Po takich atrakcjach nie bardzo się już chce iść pod górę (jak zwykle). Cóż, trzeba, w końcu osiągamy przełęcz i zostaje nam samo zejście. Pogoda - zmienna bardzo, od padającego śniegu do słonecznej "lampy". Na zejściu udaje nam się jeszcze zgubić
W końcu osiągamy dolinę, gdzie (jak zwykle) ludzie łażą w te i wewte bez sensu
Odcinek ten trasą "dla normalnych" idzie się ok 45 min, nam po krzakach zajęło to 3,5 h.
Szybko śmigamy doliną(jak zwykle), jednak widok ekipy zbliżającej się z naprzeciwka powoduje zahamowanie i zjazd na pobocze
KasiaA, Marycha i Paaulo niestety już śmigają w dół, ale fajnie było choć chwilę pogadać 
Ciężko się było rozstać (jak zwykle), ale w końcu ruszamy dalej.. i już nam się iść niespecjalnie chce, głód też daje się we znaki. Na oparach docieramy do schronu i rozkładamy obóz
W międzyczasie kontakt z "górą"
(a więc tymi co na grani) i stwierdzamy że nie ma sensu wychodzić na czołówkę i oczekujemy na resztę w schronisku
Rozgrywam parę partyjek makao (jak zwykle), Mallaidh (jak zwykle) lata z aparatem dookoła schroniska. W końcu nadciągają Anetta, Rycho, Pablo, Galleahad no i Najwyższy oczywiście
Reszta wieczoru upływa nam na gwarzeniu nie tylko o górach
w końcu trzeba schodzić. Nocne zejście chochołowską (jak zwykle) cholernie się dłuży. jeszcze tylko obiad (jak zwykle) w tej samej knajpie w nowym targu, Mieciur za kierownicą (jak zwykle) mocno przyciskający pedał gazu i już w domu
kolejny górski dzień się skończył. pozostały miłe wspomnienia rozmów z dobrymi ludźmi na szlaku i w schronisku. plan tej wycieczki był - spotkać się z hordami GŚ-iowców masowo przemierzających dolinę i okupujących schronisko więc jesteśmy zadowoleni
i wszyscy wybitnie się dziwiliśmy że NIE jak zwykle w poniedziałek byliśmy wypoczęci po weekendzie
zdjęcia wrzuci Mallaidh bo zrobił ich tysiące