Nie wybitna to góra, jednak podejście na nią, szczególnie od tej strony jest bardzo treściwe. Wyciskacz potów ? jak powiedziałby Stasiu, rzeźnia i beskidzka masakra piłą motorową w jednym
Za sobą słyszymy jakieś głosy więc ściskamy mocno kijki i przystępujemy do ataku. Pot ściele się gęsto, setki zastępów much zażarcie bronią swej twierdzy, w końcu jednak wróg pada u naszych stóp, a my możemy odpocząć na jego szczycie. Napawanie się victorią w ciszy nie trwa jednak długo - oto potężna grupa wycieczkowa również dochodzi na szczyt i rozsiada się głośnym korowodem wokół naszego obozu. Kończymy posiłek i opuszczamy wierzchołek, przy czym stwierdzamy, że przynajmniej muchy zostały za nami zainteresowane nowymi przybyszami. Z tej złudnej nadziei zostaliśmy jednak szybko wydobyci na pierwszym lepszym postoju.
Nie zatrzymując się długo minęliśmy Przełęcz Pułaskiego i kolejnym dorodnym podejściem osiągnęliśmy Ostry Wierch. W jego okolicy spotkaliśmy około 10 osób i to było wszystko w ten dzień jeśli chodzi i turystów na szlaku ? coś niesamowitego w zestawieniu z wieściami od źródeł będących na Turbaczu czy w Sądeckim, gdzie ponoć były wręcz dzikie tłumy.
Na ostrym skręcie żółtego szlaku do Ropek odbijamy w lewo na leśną drogą, którą dochodzimy do granicy lasu nad doliną Bielicznej, vis a vis Lackowej. Piękna jest ta dolna, wysiedlona po akcji Wisła zamieszkana jedynie przez wiatr, a ostatnio stada koni gospodarstwa rekreacyjnego z Izb.
W Bielicznej zwiedzamy łemkowski cmentarz oraz odrestaurowaną cerkiew.
Wspomniana wioska ? Izby ? kładzie nacisk na propagowanie turystyki konnej, tereny ku temu są idealne, można wręcz poczuć się jak w Bieszczadach. Tylko jakoś jeźdźców nie wdać nie było wcale ? za to fanów żelaznych pojazdów crossowych słychać było po całej okolicy. Oby to miejsce nie podzieliło losów wielu innych w naszych górach...
Bitą drogą docieramy do Izb. Tu robię mały napad na sklep spożywczy, podczas gdy gosia3ek i mieciur zdychają siebie w cieniu. Zaopatrzeni w napoje chłodzące opuszczamy dolinę wnosząc się w stronę Mochnaczek. Jeszcze prawie godzinna sjesta w popołudniowym słonku, z widokiem na nasz dzisiejszy cel i leśnym duktem przebijamy się ku czekającemu na nas samochodowi. Zgodnie stwierdzamy, że potrzebowaliśmy takiej trasy, tego spokoju (no prawie), ciszy, a do tego w końcu nie wtoczmy się do domów na autopilocie po kilkunasto godzinnej trasie. Można? Można!