Sobota. Ranek. Za oknem mleko. Naciągam kołdrę wyżej, nie ma co się spieszyć w takich warunkach. Bolą mnie stopy - niestety odparzone po wczorajszej kąpieli błotnej (a podobno zdrowa i na urodę dobrze robi!! pffff...
) - i ramiona (nauczka na przyszłość - mniej do plecaka!), wiem już, ze muszę zmodyfikować nieco trasę na ten dzień. Skoro wczoraj górą szłam, to dziś pójdę dołem 
Ze schroniska ruszam przed 9tą, dla odmiany w mgle, zimnie i towarzystwie całkiem solidnego wiatru. Odbijam żółtym szlakiem w stronę Labskiej Boudy.
Pogoda zaczyna się poprawiać, narzekać mogę już tylko na wiatr. Powoli schodzę na szlak niebieski, rozkoszuję się widokami - błękitem na górze, soczystą zielenią w Labskym Dule.
Słońce świeci, wiatr został na górze, Łaba szumi, ptaszki śpiewają - obrazek jak z kiczowatej bajeczki
Po drodze nieuważnie trochę staję krzywo na kamieniu, co kończy się ostrym bólem lewej kostki. Skończyło się na szczęście tylko na strachu. Przynajmniej na razie... Na skrzyżowaniu szlaków robię sobie mały przystanek na śniadanko i dalej niebieskim szlakiem przez Dul Bileho Labe.
Na szlaku poznaję grupę Niemców, którzy tak jak ja idą w stronę Lucni Boudy. Rozmawiamy kilka razy, wyprzedzając się nawzajem. Mój niemiecki zdecydowanie wymaga odświeżenia
W pewnym momencie niestety musiałam opuścić moich korespondencyjnych towarzyszy ze szlaku, lewe kolano kategorycznie odmówiło współpracy na dotychczasowych zasadach. Po krótkich negocjacjach poszło na ustępstwa i powoli ruszyliśmy do góry. Niestety, tak to bywa, że siła złego na jednego - lewa kostka postanowiła najwyraźniej solidaryzować się z kolanem. Końcówkę niebieskiego szlaku ledwo przekuśtykałam - i dziękując wszystkiemu co mogłam za to, ze mam kijki. Bez nich na pewno nie dałabym rady. Przed Lucni Boudą chwila przerwy - z podziwianiem Śnieżki.
Silny zimny wiatr i - jak się okazało - również gorączka pogoniły mnie dość szybko do zmiany miejscówki. Zatem powolnym krokiem ruszyłam w stronę Strzechy Akademickiej. Zejście szlakiem niebieskim było najgorszym momentem całej wyprawy - lewe kolano i biodro w ogóle się nie zginały, kostka bolała, prawa kostka nadmiernie obciążona również powoli przestawała dawać radę. Po raz kolejny na tym samym odcinku schodziłam z łzami bólu na twarzy. Przed Strzechą - konieczny odpoczynek, zasłużona strawa i napitek. Unieruchomiłam na spokojnie kolano i dalej żółtym szlakiem w dół, na szczęście z zapasem czasu, by zdążyć na PKS do Warszawy. Po 10-15 minut kuśtykania w dół pojawił się anioł! A tak dokładnie - przemiły człowiek w samochodzie, który zlitował się nade mną i podwiózł na dół aż do Dzikiego Wodospadu!
Przemiły akcent na koniec pobytu w górach
A potem w PKSie - jak zwykle zaanektowałam do własnego wyłącznego użytku końcowe siedzenia - jak wracać - to na leżąco, po królewsku!
Odprowadzał mnie widok Królowej Śnieżki - jeszcze do niej wrócę...
Podsumowując... jestem obolała, posiniaczona, kontuzjowana, ale... z gęby rogal mi w ogóle nie schodzi, było re-we-la-cyj-nie! Chcę jeszcze!!!!!! I jak dobrze pójdzie - ciąg dalszy już baaardzo niedługo... 
A w Izery wrócę, ale... zimą