Okazuje się, ze podjęłam najlepszą z możliwych decyzję - deszcz słabnie, pojedyncze pomruki burzy słychać z daleka przede mną, czasem z boków - i to pomruki słabnące. A po 15 minutach wychodzi słońce
Towarzyszy mi ono aż do stacji Orle, gdzie spotykam po raz kolejny moich rowerowych znajomych - panowie właśnie wyruszali w stronę Jakuszyc. Robię krótki popas, pasztet już dawno mi tak nie smakował
a czekolada na gorąco nadaje się na napój bogów 
Słońce znów chowa się za chmury, ja tymczasem daję dalej czerwonym szlakiem do Jakuszyc. Znów w chmurze, ale - nie pada! Co wprawia mnie w stan dzikiej euforii i wywołuje wielkiego rogala na gębie. Jest pięknie 
Dochodzę do szosy. Telefon dzwoni - pani ze schroniska pyta, czy dotrę, gdzie jestem. Miło.
Tymczasem na trasie... Jest mokro, zimno, i mgła taka, ze ledwo widać przeciwną stronę drogi. Szlak zielony - ostatni, który prowadził mnie w piątek - prowadzi początkowo wzdłuż szosy, z minimalnej szerokości poboczem. Idąc modliłam się, żeby spotkać rozsądnych kierowców. I żeby mnie było w tym mleku widać...
Jak to w górach - pogoda szybko się zmienia. Szlak skręca w las, pod górkę - a na niebie pojawia się błękit! Na polanie nieco wyżej stoję przez dobre 10 minut i gapię się z tępym wyrazem facjaty w niebo nad Izerami.
Ale ani chwili nie żałuję, że nie trafiły mi się takie warunki na przejście - przynajmniej było z przygodami!
Idę dalej. Ostrzegano mnie, ze szlak zielony jest cokolwiek błotnisty i kiepsko oznaczony. Ok, ja rozumiem, błotko może być, bo to raz po czymś takim się szło? Pierwszy odcinek trasy zaspokaja moje potrzeby w kwestii spełniania się tego typu przepowiedni - woda stoi w każdym możliwym dołku i zakamarku, obejść się tego nie da za bardzo, ale co tam. W tym momencie jestem już upieprzona równo po kolana
W butach powoli zaczyna mi chlupotać. Nogi powoli dają znać, że mają chwilowo dosyć, i że może bym ich petycję uwzględniła i tak na przykład się już zatrzymała. Ale cóż, do schroniska trzeba jakoś dotrzeć
Szlak skręca ostro w prawo i pod górę. A mi kopara opada. No ja wiem, że miało być błoto, ok, ale nikt nie wspominał o konieczności wdrapywania się w górę całkiem dziarsko rwącego potoku! Odcinek do Owczych skał dłuży się niemiłosiernie. Wodę mam po kostki, czasem wyżej. Komfortowe oparcie dla stóp zapewniają śliskie ociekające strugami wody kamienie bądź mocno podmokła trawa (czy raczej zarośnięte bajora...), w którą co i rusz się zapadam, np. ześlizgując się ze wspomnianych wyżej stabilnych kamieni
Kilka razy wyciągam nogę z tego bagniska tylko dzięki solidnemu oparciu kijków. Mam dosyć, organizm krzyczy już że stop, że czas na chwilę przerwy, marzę o tym żeby się napić. A dokoła żadnego miejsca nadającego się na postój. Powoli zaczyna mi siadać kolano. Wreszcie docieram do Owczych Skał. Tam już pełna lampa, cieplutko. Chwila przerwy i dalej w górę - nadal po wodzie, ale przynajmniej stojącej...
W końcu pojawia się przede mną Szrenica - cieszę się na ten widok jak dziecko!
Wlokę się dalej powoli, kolano i zmęczone mięśnie nieprzyzwyczajone do długiego wysiłku dają znać o sobie. Do schroniska docieram po 20tej, na zewnątrz piękny zachód słońca, ale ja marzę już tylko o tym, żeby zjeść coś ciepłego i przebrać się w suche ciuchy. Bufet już zamknięty, ale miła pani gospodarz się nade mną zlitowała i zaserwowała kiełbachę na gorąco, do tego napój wiadomego koloru. Kolację zjadam w pokoju. Zasypiam w połowie...