Rzadko bywam w górach = rzadko piszę relacje => jak mam okazję, to dam upust swojemu wodolejstwu
Co niechybnie oznacza przerost formy nad treścią w tej relacji. Cóż... lojalnie ostrzegam 
Ostatni raz w górkach byłam ponad 10 miesięcy temu.
Jak tylko się okazało, że zapowiada się weekend wolny od szkolenia - do głowy zaświtała jedna myśl - Karkonosze, i to czeskie! Myśl ewaluowała i zaowocowała złożeniem karty urlopowej na piątek i rozszerzeniem planów o Izery. Też czeskie.
Plany planami, a wykonanie...
Czwartkowy wieczór. Pakuję się razem z całym stadem luda do PKSu do Szklarskiej. Tym razem nie mam dużo szczęścia - trafia mi się mało wygodne miejsce tuż za środkowym wejściem, nie ma gdzie nóg wyciągnąć, i wszyscy na upartego jadą daleko, tak że na wolne dwa siedzenia do Legnicy włącznie nie ma żadnych widoków. Wreszcie połowa towarzystwa się wysypuje i ostatnie 3 godziny udaje mi się trochę dospać... Za oknem przyjemnie, ciepło, bezchmurnie raczej. Prognozy mówiły co innego. I, kurcze, synoptycy nie żartowali...
Piątek. W Jeleniej Górze postój i przesiadka do Świeradowa. PKSem zaliczam wycieczkę krajoznawczą, bardziej dokoła się chyba nie dało
W okolicach 10tej wreszcie docieram do końcowego przystanku. Na dzień dobry zaczyna siąpić, wszystko powyżej wierzchołków drzew tonie w chmurach. I jak się okaże, tak będzie wyglądać prawie cały piątek. Wiem, ze z moim brakiem kondycji pierwsze podejście będzie mordęgą, ale co tam, przecież nie pojadę wyciągiem! Szlak czerwony wiodący na Stóg Izerski jest doprawdy malowniczy - widzę dokoła kilka drzew i kawałek asfaltu przed nosem, reszta w chmurze. W okolicach schroniska trochę się przejaśnia - chmura zostaje w dole, widać nawet górną stację kolejki gondolowej (a było jednak z niej skorzystać, mądry Polak po szkodzie
).
W schronisku mała przerwa na herbate i batona i szybka decyzja. Pogoda paskudna, zapowiadają burze - z Czech rezygnuje, zostaje po polskiej stronie. Zbieram się dość szybko, zostawiając za sobą spacerowiczów świeradowskich, raczących się bursztynowym płynem. Dla mnie na to jeszcze za wcześnie.
Ruszam szlakiem czerwonym. Z miejsca pakuję się w błoto, do tego zaczyna padać.
Poprawiam stuptuty i pokrowiec na plecaku - i naprzód. Widoczność pogarsza się z każdą chwilą. Pada coraz mocniej. Szlak na szczęście szeroki, dobrze oznaczony, nie ma szans, żeby się zgubić.
I słyszę łomot. Burza. Pięknie. Tuż za mną. Idę dalej. Kolejny łomot, teraz bliżej. Przyspieszam, burza w górach to coś czego się boję najbardziej, więc... mało komfortowo utknąć tak samej na pustkowiu. Docieram do krzyżówki szlaków, dalej niebieskim w stronę Chatki Górzystów. Teraz leje już solidnie, widoczność za to nieco się poprawia. A grzmoty coraz częstsze, coraz ich więcej, coraz głośniejsze. Dostaję speeda, prawie że biegnę po równej trasie. Po drodze wyprzedzam starszą parę ? państwo w butkach sportowych, z parasolem...
Chatki dopadam tuż za grupą niemieckich turystów. Jest już regularne oberwanie chmury, w środku nie ma miejsca, żeby gdzieś przysiąść, więc zostaję w wiatrołapie razem z dwoma chłopakami, którzy się w trasę rowerami wybrali. Komentujemy warunki i wyczekujemy jakiejkolwiek poprawy. Niestety, pogoda pokazuje nam dużą figę - pada coraz mocniej i co chwila niebo przeszywają błyskawice. Trwa to dobrze ponad godzinę ? w międzyczasie przenosimy się do biblioteki, rozmawiając o - kto by się spodziewał
- górach 
Cały plan wyprawy mi się sypie - na wieczór mam dotrzeć na Szrenicę, a tu taki przestój... Nic to, czekam aż przynajmniej przestanie błyskać. Moi towarzysze decyduję się na dalszą drogę - w tą samą stronę co ja - na Orle. Po 10 minutach nudy i gapienia się na żaby lecące z nieba stwierdzam, że nie ma co, jak we mnie trzaśnie to najwyżej umrę szczęśliwa, bo w górach
I ruszam dalej.