RE: Kurs u Waldka czyli moje pierwsze spotkanie z zimą w górach
Dzień czwarty
Wstaję rano, przecieram oczy i nie wierzę, nasypało nam świerzego śniegu. Nie zapowiada się to za ciekawie. Od schroniska do początku kolejki toruję szlak, nie jest źle, chociaż niewiele widać. Pod kolejką pada decyzja wjeżdżamy, chodzi nam o to żeby nie tracić czasu na podchodzenie.
Powoli ruszamy z Kasprowego w kierunku Świnicy, jest paskudnie. Nie tylko mamy słabą widoczność, ale nie widać gdzie idziemy. Są miejsca gdzie w ogóle nie ma kontrastu i absolutnie nie widać czy idziemy dobrze, czy nie pakujemy się przypadkiem na jakiś nawis. Odwracam się i ogarnia mnie zdziwienie. Za nami już przetorowanym szlakiem podąża para ?ceprów?. Stajemy na herbatkę i czekamy aż nas wyminą, oni jednak też się zatrzymują i biorą nas na przetrzymanie. Coś tam kulają, zastanawiamy się co to takiego w drodze powrotnej okazuje się że lepili bałwana. Mieliśmy niezły ubaw jak to zobaczyliśmy.
Związaliśmy się liną, przeszliśmy kawałek na lotnej asekuracji i wróciliśmy. Nie doszliśmy nawet do skrajnej turni Słychać było jak średni co minutę lub dwie zjeżdza jakaś lawina. Z ogromnym niedosytem wróciłam do schroniska. Tego dnia miałam wracać ale dostałam tel że mam przedłużony urlop, więc nie zastanawiając się zostałam jeszcze.
O kolejnych 2 dniach, napiszę później
Jeżeli kiedykolwiek ktoś z osób które razem ze mną odbywały ten kurs trafi na tą relację to chce wam serdecznie podziękować za świetne towarzystwo, a szczególne podziękowania należą się mojemu partnerowi w ćwiczeniach
p.s. zdjęć z tego dnia nie zamieszczam bo nie mam widokowych, a te co posiadam są z moimi towarzyszami a nie wiem czy wyrażą zgodę na publikację ich fotek więc na razie się wstrzymuje. Jedyna fotka pokazuje jaką mieliśmy widoczność w krytycznym momencie
"Jeżeli kobieta chce się realizować, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, wcześniej czy później stanie przed wyborem między swoimi dążeniami a związkiem uczuciowym. Bo jeśli nawet partnerzy patrzą w tą samą stronę najczęściej widzą coś innego." E. Matuszewska