ROZDZIAŁ 2
Siedział na małym wypłaszczeniu. Na wprost gdzieś w cieniu ściany, woda powolutku i metodycznie rzeźbiła swe dzieło. To niesprawiedliwe pomyślał. Kropla spada na moment na granit, odbija się od niego i leci dalej w otchłań, nie widząc nawet swego dzieła. Szybko, w pośpiechu, bez emocji. Nawet nie wiadomo czy wie po co robi, to co robi. To ciekawe... Jeśli nie wie to jest szczęściarą czy tragicznym epizodem? A jeśli wie, to jest szczęśliwa ze swej trasy i pracy czy wręcz ogarnia ja frustracja gdyż nigdy nie dowie się co udało jej się stworzyć?
A może ten widok nie ma znaczenia?
Z tych egzystencjonalnych rozmyślań wyrwały go głosy dochodzące z przeciwleglej strony doliny. Spojrzał w lewo. Jeszcze chwilę temu widział całą grań. Teraz mgła zaczęła swoją podróż pod górę oblepiając każdą wolną przestrzeń swym lepkim spoiwem. Zwróciła się też na moment w jego stronę.
Niedobrze. Zamknie mu możliwość obserwacji postaci, na które czekał. A to był kiepski pomysł.
Głosy zdradzały, że czterej bohaterowie właśnie zaczęli piąć się pod górę wielkim żlebem. Żlebem, który kilkanaście lat temu przeżył największy obryw ostatnich czasów. Tu znów pojawiły się rozmyślania.
Nawet obryw się zmieniał. Upodobnił się już do otoczenia, a jego biało czerwonawa wielka rana zaczęła się zabliźniać. Szkoda że tego nie widział. Spod samego Wierchu pod Fajki, niemal do tafli Czarnego Stawu. Wielka moc kilkanaści sekund i ślad na 100 lat. Taka rana wyrwała by z człowieka wielki krzyk. Tymczasem Fajki stały spokojnie - przyjmowały to z milczącą pokorą.
Hałas przyspieszonych porwanych strzępów rozmów pędzących pod górę zdradzał, że ich głowy zaprzątnięte sa zupełnie innymi sprawami. Przemykali tuż obok wspomnianego urwiska lecz nawet go nie zauważyli. Zapewne nawet nie wiedzieli że tam jest i patrzy. Ba przecież sterta kamieni nie patrzy! W szybkim tempie zbliżali się do trawersu.
ROZDZIAŁ 3
Szli powoli i mozolnie. Gdzieś od 15 minut obchodzili Czarny Staw. Byli tu już kilkadziesiąt razy ale zawsze otoczenie robiło na nich wrażenie. Wschodnia ściana Kościelca ze swą 550 metrową zerwą prezentuje się tu nader okazale. Martwiła ich tylko wzrastająca znikąd mgła, która od lewej powoli zbliżała się do nich nieubłaganie. Stanęli na chwilę. W ruch poszedł stary aparat. Od razu było widać, że pamiętał najdawniejsze niemal czasy. Kiedy on fotografował, ona przystanęła tuż za nim i przyglądała się jak próbuje złapać ulotny moment w jak najlepszej ekspozycji. Zawsze bawiła ją ta celebracja ujęcia. Tak jakby Kościelec miał jutro zniknąć i właśnie ten moment był ostatnim tchnieniem bez odwrotu. Kłócili się z resztą o to wiele razy. Ale zawsze chętnie wracali oboje do dziesiątek fotografii niemal z tego samego miejsca. Każda inna, niepowtarzalna dawała im do zrozumienia, że nic nie powtarza się dwa razy. Z oddali gdzieś z pańszczyckiego żlebu docierały do nich wrzaski czterech młodych "biegaczy" - jak ich określali, którzy niemal pędem minęli ich na początku zakosów na morenie ograniczającej Czarnemu Stawowi mozliwość rozpłynięcia się po dnie doliny. Czy my robiliśmy podobnie? - zapytał chowając aparat.
CDN