Nauka zimowego górołażenia na pewno nastąpiła w sprzyjających okolicznościach i towarzystwie

Zgadza się.
Muszę przyznać jednak, że choć pewnie miałeś co innego na myśli to trochę dziwnie brzmią/brzmiały dwa stwierdzenia (o pierwszym i drugim dniu) dotyczące odwrotu/pozostania Mamy na dole owocujące zdjęciami

Czasem tak bywa, że czytający inaczej odbierze tekst niż chciał autor. To są efekty chęci skrócenia treści. Chodzilo mi o to, że te ładne zdjęcia robiłą właśnie mama swoim aparatem - poprawiłem w treści 
Warto też zaznaczyć, że choć nie neguję stwierdzenia o nie niszczeniu przyrody zimą to nie zmienia to faktu, że trasę od Bobrowieckiej Przełęczy zrobiliście nielegalnie. Wiem, że swego czasu pojawiały się takie relacje z poza szlaków, w tym również mojego autorstwa - tak więc wyłącznie dla wyjaśnienia - starajmy się w przyszłości nie opisywać na forum relacji pozaszlakowych.
Tak jest
Co do raków na dnie Chochołowskiej - zabronione nie są. Myślę jednak, że wygodniej szłoby się Wam bez tych raków

Nie zaprzeczam 
No i zastanowił mnie trochę dzień I, a właściwie powód zejścia z Łopaty przez Czerwony Wierch. Nie neguję, że nie była to słuszna decyzja (do Kończystego kawał drogi), ale... Jeśli na trasie Wołowiec - Łopata warunki śnieżne były dobre (a nawet na którymś zdjęciu widać tam odsłonięte trawki), to tak duża różnica była nagle na odcinku Łopata - Niska Przełęcz (myślę, że o ten odcinek jak coś chodziło)?
Tak, dokładnie ten tylko mi nazwy wypadły z głowy przy pisaniu, a potem już nie sprawdziłem w przewodniku.
Sporo ludzi chodzi z Chochołowskiej przez Grzesia na Wołowiec, może i na Łopatę i wraca więc tam szlak bywa lepszy. Śniegu nie było sporo jednak Viking po powrocie z Niskiej Przełęczy zdecydował, że dalej zero przetarcia. Nikt nie szedł na Jarząbczy. Ta decyzja jednak nie był oparta tylko na tej wizji lokalniej. Jeśli dobrze pamiętam to chyba 3 dni wcześniej to właśnie Viking przecierał szlak z drugiej strony na Starorobociański Wierch i sam wie najlepiej, że nie było łatwo. Ze szczytu wrócił po własnych śladach. Połączenie tej wiedzy zaważyło o decyzji zejścia przez Czerwony Wierch, gdzie jakiś ślad był założony 
W kwestii GPS - to urządzenie jest czasem bardzo pomocne owszem, ale należy go właśnie traktować jako pomoc a nie coś co jest wyznacznikiem iść/nie iść w przypadku tatrzańskich graniówek/innych rejonów zagrożonych lawinowo. Przynajmniej w początkowej fazie zdobywania zimowego doświadczenia wysokogórskiego.
Tak jak pisałem, nie popieram samotnego chodzenia w zimie. Niektórzy również tego w sezonie letnim.
GPS może uratować nam tyłek w razie załamania pogody, gdzie ślady znikają momentalnie, a w koło kompletnie nic nie widać. Oczywiście jeśli wracamy po swojej (zapisanej) ścieżce. Tyle miałem na myśli.