31. 10 i dalsze mgliste mokre dni
Z samego rana kąpiel, śniadanie. Pogoda ?barowa? to i dobrze, myślę sobie. We trójkę idziemy do pkt. lekarskiego, notabene, który zlokalizowany jest na naszej ?znanej trasie, tj ok.1km od lotniska, tam Tomasz jako "biały" uiszcza kwotę 50 $, podaje swój paszport , i czeka w kolejce na przyjecie.
Ciekawostka, cena przyjęcia do lekarza dla "tubylca" to koszt 50 rupii. Mała różnica tylko w ?.walucie (50 rupii to ok. 2,3 zł , 50$ -155zł , różnica prawie żadna ??). Czekamy prawie godzinę , wreszcie jest zapraszany do lekarza, po 20-30 min wychodzi z obandażowana nogą (stopą) wraz z zestawem leków w ręce, a także rachunkiem (za tę usługę) na kwotę 50$.
Po wspólnym powrocie do hotelu, udałem się do kantoru (tutaj spisywany jestem z paszportu) wymienić walutę i wychodzi, że lepiej "stoi" (po przeliczeniu) euro niż dolar. Aparat został w pokoju, ale i bez niego poznaję okolicę. Następnego dnia we mgle, ruszam w stronę Nache Bazar, jednak po ok. godzinie zawracam , bo i widoki tylko szczątkowe i to co jakiś czas, a mnie łapie jakieś "grypsko", wieczorem jeszcze spotykamy się z rodakami , gramy w karty, jednak już czuję, że następny dzień spędzę w łóżku, co faktycznie miało miejsce. Owszem łykam jakieś tabletki , ale efekt marny.
W następnych dniach (niepogody) to wędrówki przeważnie pomiędzy barami, hotelami,
Nasze dalsze plany poszły się "rąbać" a my przez pięć dni błąkaliśmy się od baru, do baru, wypijając szereg trunków oraz poznając wielu naszych rodaków jak i wydając wiele pieniążków, jednocześnie stresując się i rozmyślając "jak dostać się" do Kathmandu.
Z każdym kolejnym dniem w miejscowości Lukka widać zwiększony ruch turystyczny, brak w hotelach miejsc, nerwowe ruchy pod agencjami lotniczymi, brak wielu produktów w lokalnych sklepikach, jak i szereg potraw znika z menu w restauracjach. Zaczyna "rządzić duży pieniądz" turysty z zachodu. Szok. Zapoznani rodacy rezygnują z hotelu (uśmiech właściciela hotelu) lotu i decydują się na wędrówkę do Jiri. Koledzy w miedzy czasie poznają ekipę z Czech i ich dowiadują się o ich planie na dotarcie do KTM.. Tomasz i Grzegorz również nerwowo podchodzą do naszego wylotu (który ma być 8.11). Rozmyślamy nad dalszą egzystencją w tym miejscu. Generalnie panuje psychoza, że ciężko będzie się załapać na nasz samolot. Zaczynają się małe "spory".
W efekcie, w sobotę z rana (prawie z gorączką) ruszam wraz z Tomaszem (chorą nogą) oraz z ekipą z Czech do miejscowości Pauplu ( ok. 50-60 km), a stamtąd ( w teorii) jepem do KTM). Grzegorz samotnie ruszył do Jiri. A my "z wielkimi przygodami" w stronę KTM, jednak ta część pobytu to tylko na żywo :-) .
Nasza polska ekipa, która dzięki niepogodzie , miała okazję się poznać (to nic, że nie wyraźne)





A to ujęcia z godzinnego wypadu w stronę Nanche Bazar













Jeszcze tylko małe podsumowanie,i to będzie koniec :-)
dzięki za wytrwałość w czytaniu tych moich nieskładnych "wypocin"
cdn