To w takim razie minimalnie rozwinę temat.
23 VI 2011 roku. Święto. Co było widać na ulicach Żywiecczyzny. Śmieci pozamiatane, płoty przystrojone, tubylcy z okazji okazji umyli się. Jak tez odziali w różne dziwne stroje. Po przemknięciu przez powyższe tłumy docieramy do końca Soblówki. Było nas trzech. Bardzo pozytywnie nastawionych do turystyki pieszej. I to bardzo wczesnej. O równej 10.15 wchodzimy na szlak żółty. Wyglądający jak poligon wojsk zmechanizowanych :
Przemykamy wśród wód, wykrotów, śladów gąsienic ( i owadów ), krzewów i , czasami, równych dróżek:
W końcu wychodzimy z mroku i z lasu :
Po kolejnych kilunastu minutach docieramy do bacówki. Z elementem indiańskim:
Tam wypoczywamy oglądając okoliczne szczyty : dwie Rycerzowe i pagórki wychylające łby za bacówki. A widać było sporo bo tego dnia pogoda w Beskidach dopisała. Chociaż jak wyjeżdżalismy po 9 z Żywca to jeszcze padało. Później cały dzień był sloneczny i turystyczny. W bacówce poza nami było z 5 osób. My poleżakowaliśmy na ławkach przed budynkiem. Następnie ruszamy zdobyć szczyt szczytów. Tego dnia oczywiście
. 1226 metrów. I zero widoków jak wiadomo. Bo na szczycie rośliny wysokie rosną. Natomiast z podejścia i zejścia takie coś było widać :
Zamiast widoków ze szczytu można było zobaczyć takich oto trzech osobników:
Wracamy na Halę Rycerzową, która jest obecnie bardzo tłumna. Tłum to był krwiożerczy. Proszę bardzo, oto dowód:
Grozą powiało również później, w trakcie powrotu:
Szkieletu nie znaleźliśmy. Został zapewne zjedzony.
Długo wypoczywamy i dyskutujemy. W pełnym słońcu palącym nam plecy. Lato przyszło. Po zwalczeniu lenia wstajemy i ruszamy w dół. Czarnym szlakiem do Soblówki :
Jak widać widać było Tatry. Też Fatry, Choczańskie i Beskidy.
Docieramy do auta i ruszamy w domy. A oto straszna bestyja z boku:
Tym straszliwym akcentem kończę opowieść.
Dziękuję za uwagę.