Walki z nudą ciąg dalszy...
Dzisiaj wstałem już z myślą, że gdzieś się przejdziemy ze znajomymi po wieczornych poniedziałkowych uzgodnieniach. Plan zakładał wejście na Czantorię ale po porannym sprawdzeniu prognozy okazało się, że Pilsko będzie dziś miało lepsze warunki i plany zostały szybko zmodyfikowane...
Będąc przed Żywcem na trasie z Bielska dało się zauważyć kilka chmurek w kształcie ufo nad naszym celem świadczących o możliwym wietrze na górze.
Trasa na nogach z przysiółku Pilsko wzdłuż krzesełka i orczyka na Miziową, na górę także boczkiem trasy narciarskiej. Około południa dotarliśmy na halę, po chmurkach nie było nawet śladu... Podczas podejścia przyjemnie a w okolicach szczytu ciepły wiatr powodujący, że nie chciało się schodzić w dół. Choć wiało z podobną siłą jak wczoraj na Baraniej nie było to uciążliwe a wręcz przyjemne. Widoczność świetna bo i okolica dalej od smogowego Śląska...
Ech szkoda, że trzeba popracować bo tydzień lenistwa nie byłby najgorszym rozwiązaniem
Foto oczywiście nie najlepsze...
Wczoraj wybraliśmy się z kolegą na Babią w celu podtrzymania kondycji.
Trasa to z Zawoi Markowe do schroniska i dalej przez Bronę na Diablaka.
Do przełęczy widoczność średnia, później już mgła z lekkim opadem marznącej mżawki i silny wiatr a widoczność około 20m.
Pomimo wydawało by się trudnych warunków szło się przyjemnie bo było ciepło, minimalnie na minusie...
Dopiero dochodząc do celu dało się zauważyć pierwsze przebłyski słońca a było to już około 15. i tak już zostało do wieczora.
Na grani śnieg zwiany więc szło się bardzo lekko
Pogoda pozwoliła w drodze powrotnej wyciągnąć aparat więc dodaje kilka zdjęć.
Jako że człowiekowi bez gór ciężko wytrzymać, więc w sobotnie popołudnie krótkie przemyślenia i decyzja, jutro jedziemy w góry. Tym razem moim towarzyszem na szlaku będzie mój tato, tak więc niewielkie zakupy, krótkie pakowanko plecaka no i następnego dnia rano mkniemy już w stronę Łomnicy Zdrój położonej w sercu Beskidu Sądeckiego.
Na zewnątrz trochę jakby zachmurzone, nawet gdzie niegdzie wbrew optymistycznym prognozom pogody zaczyna padać śnieg, ale że już autko w trasie to i przecież nie zawrócimy bo góry coraz to bliżej. W niewielkiej odległości od celu, a dokładniej w Rytrze, będąc już myślami na zimowym szlaku, nagle przed naszym samochodem ukazuje się sporych rozmiarów dziura na drodze, niby taka normalna, ot z polskiej drogowej rzeczywistości, ale jednak wytrąca nasz samochód z prostoliniowej jazdy na dość śliskiej nawierzchni, parę szybkich ruchów kierownicą (dobrze że z przeciwka pusto ) wracamy na prawidłową trajektorię i po chwili czas się zatrzymać, wyjąć plecak z bagażnika i po prostu zagłębić się w las za niebieskimi znakami szlaku.
Nim to następuje, przepuszczamy jednak tłum wychodzący z pobliskiego kościoła, gdyż w ubraniu trekkingowym nie bardzo wpasowalibyśmy się pomiędzy płaszcze, garnitury a nie wspominając o damskich kreacjach nie zawsze pasujących do panującej aktualnie pory roku, a jeszcze jakby przypadkiem gdzieś kijkiem zahaczyć ? strach pomyśleć.
Po opustoszeniu drogi wychodzimy na nią i dość szybkim krokiem, mijamy kolejne zabudowania, a niebawem także i ostatnie. Przed nami tylko biały las
Najpierw zaśnieżona droga, później skręt w bok i jak to określiła jedna osoba "perfidne przejście przez potok" (przy okazji dzięki Mieciur za informację ). Potok na szczęście skuty lodem, co prawda pewności nie mam czy aby to tylko nie pozory, ale suchą nogą znajdujemy się wkrótce na drugim brzegu. Pierwsze metry stromego podejścia do góry gdzie czeka mnie mała niespodzianka. Pod pięknym białym puchem znajduje się lód, który szybko odkrywam na podstawie kilku metrów zjazdu pomimo braku ku temu chęci. Szybki krok w bok i poza szlakiem już jest lepiej
Metry na GPS rosną bardzo szybko (pierwszy mój test tego urządzonka). Parę zakosów, parę własnych wariantów przejść i następuje jakby wypłaszczenie, a zaraz za nim pierwsza hala. Widoki niestety ograniczone, widać sąsiednie zbocze i na tym koniec, ale zima fajna, śnieg fajny, wędrówka również niczego sobie więc narzekanie byłoby co najmniej nie na miejscu
Idąc tak ku Łabowskiej Hali (stanowiącej nasz główny dzisiejszy cel), spotykamy dwóch chłopaków, jak się okazuje później jedynych turystów na dzisiejszym szlaku, idą jednak w przeciwną stronę więc szybko tracimy z nimi wzrokowy kontakt, tym bardziej że to przecież las.
Takim to spokojnym marszem w śniegu niezbyt głębokim, aczkolwiek przyjemnym do wędrówki i ładnym dla oka dochodzimy do połączenia ze szlakiem czerwonym, gdzie po krótkich namysłach zamiast w prawo to skręcamy w lewo w celu odnalezienia skały zwanej Czarcim Kamieniem. Kierujemy się w tym celu na Wiech nad Kamieniem (jak się później okazuje był to błędny zamysł) i stamtąd podążamy w pobliżu grzbietu opadającego na północ ku skale oznaczonej w tamtym rejonie na mapie. Trochę brnięcia w nieprzetartym śniegu i skała jest, ale hm... jakby to powiedzieć całkiem nie taka jaka była na zdjęciach. Ta której szukaliśmy ponoć dwudziestometrowa, ta przy której stoimy mierzy może metr może parę centymetrów więcej, w każdym razie wizja punktu widokowego stojąc na jej szczycie spełza na niczym.
Trochę rozczarowani wracamy ku schronisku, tam jako jedyni na jadalni zasiadamy przy stole i wkrótce czymś ciepłym wspomagamy nasze siły na dalszą wędrówkę. Chwila takiego odpoczynku i za znakami żółtymi rozpoczynamy powrót do samochodu. Słońce gdzieś chwilami jakby prześwituje ponad warstwą chmur, niestety jesteśmy za nisko aby się ponad nią wydostać. Pozostaje więc do zrobienia kilka zdjęć śnieżnego lasu, a kilka z nich znajdziecie poniżej
Widoki rzeczywiście ograniczone ale za to wędrowanie w pustym lesie po śniegu chyba wystarczająco Wam wynagrodziło brak widoczności. Pozdrów Tate i pogratuluj mu aktywności
"Góry są wyzwaniem, prowokują istotę ludzką do wysiłku, do przezwyciężania samych siebie." J.P.II
Pedro, fajna wycieczka... jak miło popatrzeć na tak dobrze znane rejony oczami kogoś innego
a skałki na Wierchu nad Kamieniem w końcu znajdziesz... jak się wybierzesz w tamten rejon z sądeckimi górołazami
Pedro-Ty nigdy nie nudzisz swoimi relacjami (ale podlizus ze mnie
Bardzo ciekawa wycieczka i kolejne zimowe i górskie doświadczenia
Ale gdzie fotki Taty??? Pozdrowienia serdeczne!
Zwiacha
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował, tego czego nie zrobiłeś niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślny wiatr.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj. "
Pedro no fajna wycieczka Fajnie, że do nas przyjechałeś tylko czemu my akurat bylismy w Tatrach ?? następnym razem trzeba sie "lepiej" zgrać i wtedy napewno znajdziesz ten Czarci Kamień !
Wczoraj wybraliśmy się z kolegą na Babią w celu podtrzymania kondycji.
Ładna zima, zwłaszcza na czwartym zdjęciu.
Pedro napisał(a):
Jako że człowiekowi bez gór ciężko wytrzymać, więc w sobotnie popołudnie krótkie przemyślenia i decyzja, jutro jedziemy w góry. Tym razem moim towarzyszem na szlaku będzie mój tato...
Takie rodzinne wypady w Góry, mnie osobiście bardzo utrwaliły się w pamięci. Pamiętam moje wędrówki z mamą - po Tatrach i Pieninach. Pamiętam je bardzo dobrze, choć nie miały one tak "wyczynowego" charakteru, do jakiego przywykłem, wędrując z przyjaciółmi i znajomymi.
I ja także dołączyłam do szczęśliwców będących w weekend w górach ( Pedro z Tatą i Zwiacha)
kierunek Karkonosze.
Wyjechaliśmy ze znajomymi w piątek zaraz po pracy czyli o 16 z minutami. Po około trzech godzinach jazdy dotarliśmy do Szklarskiej Poręby, gdzie w świetle czołówek skierowaliśmy się w stronę schroniska, tym razem Łabskiego Szczytu. Droga ku mojemu zdziwieniu minęła nam szybko i prawie bezproblemowo (zgubiłam rękawiczkę) pomimo pewnego zmęczenia po całym tygodniu pracy. Po drodze zrobiliśmy sobie postój przy Puchatku, by popatrzeć na śmigających Nartowiczów i ?deskowców? Dotarłszy do schroniska uraczyliśmy się złotym trunkiem i długimi rozmowami, co poskutkowało troszkę późną pobudką dnia następnego. W sobotę zadowoleni że pobudka już w górach, po śniadaniu wyruszamy w teren. Kierujemy się w stronę Śnieżnych Kotłów. Wychodząc ponad wysokość schroniska, widzimy jednak, że pogoda nie jest nam przychylna a wiatr smaga nas niemiłosiernie. Zaczyna robić się coraz zimniej i nasza koncepcja wycieczki ulega modyfikacji. Zbliżając się do Kotłów widoczność robi się coraz mniejsza . Idących przede mną kolegów zaczynam ledwo dostrzegać, pomimo tego że nie dzieli nas duża odległość. Dochodzimy do stacji telewizyjnej, za jej wiatrołapem popijamy herbatę na rozgrzanie, podgryzamy czekoladkę i podejmujemy decyzję, o dalszej drodze na Szrenicę. Po drodze wypogadza się, sama droga jest przyjemna, tak że idziemy podziwiając widoki, cykamy fotki powoli myśląc o czekającym nas obiadku Na Szrenicy jesteśmy krótko, by jeszcze po widoku zejść do naszej noclegowni;-) Tam ogarniamy się trochę i przenosimy do hali głównej gdzie raczymy się piwkiem i planujemy już skład i cel naszego tygodniowego wyjazdu wakacyjnego . Nie wiedzieć kiedy robi się późny wieczór, do schroniska schodzi coraz więcej osób. Niedaleko nas sadowi się dosyć liczna ekipa, która okazuje się być także z Wrocławia. W swoich szeregach mają gitarzystę więc przysiadamy się do nich i gwarnie, bardzo wesoło, późno i śpiewnie kończymy dzień. Nazajutrz czka nas już tylko droga w dół, dosyć szybka i bez urozmaiceń ponieważ jedno z nas musi być szybko z powrotem w domu.
Niestety przez pogodę nasza wycieczka jest krótka ale i tak jesteśmy zadowoleni, że chociaż na trochę mogliśmy wyjechać z miasta i przejść się wśród gór. Teraz następny wyjazd dopiero za miesiąc ale być może z widokami na lepszą pogodę i przejścia długie i urozmaicone.