RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
Gandzia1 napisał(a):
spoko napisał(a):
...z Wysokiej Czy za ławicą w ostatnim w żlebie jest śnieg? Czy był potrzebny czekan?Pozdrawiam
Nie było żadnego śniegu -był badzo ciepły sierpień,był upał, sucha skała bardzo czepna ale trzeba używać mocno rąk jak dla mnie to czterech kończyn.
Na to chciałbym liczyć ale to dopiero w przyszłym roku.Myślę ,że zima będzie łaskawa i łagodna i nie zawali Tatr śniegiem na długie miesiące.Narciarzy proszę o wyrozumienie
Aby wędrować po górach nie wystarczy mieć tylko dobre nogi ale także dobre oczy aby ich piękno podziwiać oraz dobre serce aby je pokochać.... .
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
spoko napisał(a):
Myślę ,że zima będzie łaskawa i łagodna i nie zawali Tatr śniegiem na długie miesiące.Narciarzy proszę o wyrozumienie
[/quote]
Władysław nie przeginaj, teraz masz lato, masz ciepłą porę, więc ciesz się, ja czekam na zimę, a zima ma być zimna i taka jak na zimę przystało, no bo wiesz żyjemy w takim miejscu, gdzie są 4 różne od siebie pory roku, nie może być nibyzimy, nie bądź samolubem, ja Ci nie pisałem by w sierpniu sypnęło śniegiem, więc bądź wyrozumiały
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
Bociany ponoć wróżą wczesną zimę .Skorzystasz Sylwester do woli.Ale powinno być sprawiedliwie A w Tatrach jest więcej zimy niż latamam na myśli okres zalegania pokrywy śnieżnej) No cóż nie będziemy poprawiać natury .I moje pobożne życzenia na nic się nie zdadzą
Aby wędrować po górach nie wystarczy mieć tylko dobre nogi ale także dobre oczy aby ich piękno podziwiać oraz dobre serce aby je pokochać.... .
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
Minął kolejny weekend tatrzański. Pozostało niewyspanie i niedosyt. I niezrealizowany plan. Ale podobno chodzi o to żeby gonić króliczka a nie złapać go...
Wielki Mięguszowiecki Szczyt: nęci do tego stopnia że dla niego pokonuję drogę z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka, drogę bardzo nielubianą.
W sobotę wyruszamy. Ale Miegusza nie ma... Zniknął w chmurach i we mgle. Oczyma wyobraźni widzimy go tam stojącego i drwiącego. Dość sprawnie przechodzimy do Dolinki za Mnichem, wychodzimy na Mnichowe Plecy. Cisza wokoło, świat spowity mgłą. Ale idziemy dalej, omijamy Żleb Mnichowy, schodzimy na Mała Galerie Cubryńską. Widoczność sie bardzo pogarsza, mniej niż 10 metrów. Siadamy z batonikami w łapkach i... niestety, decydujemy ze wracamy. Nie ma sensu w taką pogodę. Może właśnie Wielki Mięgusz chciał nam tak pokazać, ze jeszcze nie jest gotowy na odwiedziny w mojej osobie?
Jedziemy na Słowację. W niedziele pogoda nie najlepsza, Tatr nie widać, spowite ciemnymi chmurami. Decydujemy sie jednak na wycieczkę choć do doliny. Nie mamy konkretnych planów, trudno jest je mieć przy tak niepewnej pogodzie. Wybieramy Dolinę Jaworową, jeszcze jej nie znałam. Bardzo chcę zobaczyć Jaworowe Szczyty, na Małym Jaworowym zginął Klimek Bachleda... Zaruski napisał opowiadanie o tej wyprawie ratunkowej "Klimku, wracajcie!"
Pogoda płata nam figla: wypogadza się. Patrząc na piękne ściany Jaworowych, wzrok ucieka jakoś tak na lewo...: słońce oświetla Żleb Sobkowy, nim prowadzi jedna z trzech dróg na Lodowy Szczyt. spróbować zawsze można, zaczynamy podejście. WHP podaje 2,5 godziny. Po niespełna 2 jesteśmy na grani. Żleb jest 0+, dwa prożki były I ale przy suchej skale nawet się tego nie zauważa. Granią przechodzimy szybko i sprawnie by po 10-15 minutach stanąć przy trójnogu. I mam swoja niespodziankę w niedziele: jestem na Lodowym (2627 mnpm). Właściwie nie ma chmur, wspaniałe widoki. Przechodzę przyspieszony kurs topografii szczytowej: który szczyt w której grani, które są zwornikami, jakie wejścia. I trzeba schodzić bo już 17... W drodze powrotnej oświetlamy zarośla światłem czołówek: dolina Jaworowa słynie z misiów... ale żadnego nie ma... Może to i dobrze.
Księżyc prawie w pełni tajemniczo oświetla zarys Śnieżnej Turni w Śnieżnej Dolinie, znów czuję się jak w bajce, która niestety, powoli dobiega końca. Trzeba przecież wrócić do domu aby planować kolejne wycieczki tatrzańskie...
"[Tatry]...Przeto stałyście się marzeniem, tęsknotą ludzi spragnionych modlitwy bezsłownej i słońca"
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
Jest taka prawidłowość: w piątek nie piliśmy i w sobotę nie dało sie wejść. W sobotę piliśmy i w niedziele dało się wejść. Czyli przed wyjściem w góry, dzień wcześniej przynajmniej kufel piwa należy wychylić. A może i dwa na obie nogi. Wiec Sylwester, czekam na piwo przed wyjściem.
"[Tatry]...Przeto stałyście się marzeniem, tęsknotą ludzi spragnionych modlitwy bezsłownej i słońca"
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
Jak zawsze Twój upór i zapał Kasiu pozwolił Ci zakosztować Tatrzańskich grani.A więc o Lodowym nie musisz już myśleć .A Mięguszowicki wciąż się z Tobą bawi ,Ale do czasu .Jeszcze mu Pokażesz .Gratuluję udanego pobytu w Tatrach i kolejnej realizacji swoich planów i marzeń.Twoja aktywność jest dla mnie inspiracją przemyśleń co do niektórych szczytów .Miło się czytało .I zawsze będę niecierpliwie czekał na następne relacje.Pozdrawiam
Aby wędrować po górach nie wystarczy mieć tylko dobre nogi ale także dobre oczy aby ich piękno podziwiać oraz dobre serce aby je pokochać.... .
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
KasiuA - kolejne gratulacje!
A z tym piciem - coś w tym jest.
Ja też w tym roku się o tym przekonałam. Czasami warto wypić "korzonki" za zdrowie braci górskiej. Ot tak, żeby się wszystkim dobrze chodziło.
A tak na marginesie - fasmac czekamy na Twoje dalsze relacje! Nie daj się prosić.
Pozdrowienia!
"... Snuj marzenia tak, jakbyś miał żyć wiecznie;
żyj tak, jakbyś miał umrzeć dziś..."
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
W końcu udało mi się coś sklecić z mojej wyprawy na Kościelec.
Przepraszam że zmusiłem Was do czekania
No nareszcie dzwoni, jest 5.00. Chyba już od kilkudziesięciu minut leżę z oczami skierowanymi w okno i oczekuję dzwonka budzika. Czy ja w ogóle spałem tej nocy? Co chwilę zerkałem czy na niebie świecą gwiazdy, czuwałem oczekując pięknej pogody, nasłuchując czy przypadkiem nie spada jakaś kropla deszczu. Teraz za oknem jakoś szaro, chyba pochmurno, ale nie mam odwagi aby wstać i popatrzeć. W końcu wstaję do okna i wyglądam. Boże, dzięki, jest wspaniale, ani jednej chmurki a ta szarość to po prostu jeszcze nie całkiem narodzony dzień, słońce próbuje dopiero wstać. Zrywam się z łóżka, niestety gwałtownie budząc moją żonę, i do łazienki. Ranna toaleta i szybkie śniadanko w kuchni. Dobrze, że ktoś wymyślił czajnik bezprzewodowy, bo jakbym miał rozpalać w piecu celem zagotowania wody na herbatę…..
Pakuję do plecaka prowiant na wyprawę, który przygotowałem wieczorem poprzedniego dnia, herbatę w termosie i wszystko gotowe. Wychodzę na podwórko, wydaje się że wszyscy jeszcze śpią, ale to tylko pozory. Dziadek już dawno na nogach, dał koniowi siana teraz krząta się po oborze. Po chwili wychodzi moja żona, jest już gotowa do dogi. Wsiadamy w samochód i jazda. Bukowina, Głodówka i Wierch Poroniec. Pusto, cicho, jeszcze trochę chłodno, jest wspaniale. Buziak na dowidzenia i o godzinie 6.30 wychodzę na szlak. Kurcze trochę długa ta poranna toaleta, następnym razem muszę się bardziej sprężyć. Idzie się przyjemnie, chociaż jakoś nerwowo. Że też tej Klaudii akurat wczoraj zachciało się oglądać bajkę „Mój brat niedźwiedź”. Teraz przy każdym leśnym odgłosie spodziewam się spotkania z moim kudłatym bratem, idę więc szybszym krokiem i obserwuję drzewa i zarośla.
Od czasu do czasu spoglądam na niebo, nadal czyste a księżyc jeszcze dość wysoko, jest pięknie. Jeszcze gdyby tych niedźwiedzi nie było. Po 45 minutach docieram na Rusinową Polanę. Nie wiem co jest bardziej zaskakujące, widok wspaniałych gór w porannym słońcu czy całkowita pustka i cisza, praktycznie zawsze tutaj nieobecna. Napawam się przez chwilę tymi wspaniałymi widokami i totalną ciszą. Owieczki właśnie wychodzą z zagrody, dostrzegł mnie baca i podchodzi pytając o papierosy. No niestety, musi jeszcze zaczekać.
Idę dalej. Robi się coraz cieplej, człowiek zaczyna się pocić, nawet dość mocno.
Docieram na wierzchołek Gęsiej Szyi. Nadal cicho, spokojnie, pierzynka z chmurek pokrywa Rysy i Gierlach, na zachodzie także pojawiają się pierwsze obłoczki, pozostała część Tatr zanurza się w błękitnej głębi nieba.
Tutaj odpocznę chwilkę. Jest ciepło więc ubieram krótkie spodenki, uzupełniam płyny. Poświęcam chwilę na małą sesję fotograficzną. Po kilku minutach marszu docieram na Waksmundzką Rówień. Szlak prawie cały czas prowadzi przez las. Mijam Pańszczycką Polanę, następnie Pańszczycki Potok i po trzech godzinach marszu docieram do wierzchołka Wolarczyskiej (1550 m npm) gdzie odchodzi czarny szlak łącznikowy ze szlakiem na Krzyżne. Dopiero w tym miejscu spotykam ludzi. Jest to para, chyba małżeństwo, mężczyzna w momencie kiedy mnie zobaczył z wielkim zadowoleniem prawie wykrzyczał do kobiety: „masz tego niedźwiedzia!!!!”. Tak więc nie tylko ja dzisiaj obawiałem się tych przemiłych niedźwiadków. Chwila rozmowy, nareszcie ktoś może mi pstryknąć fotkę. W końcu docieram do Murowańca. Sprzed jego murów spoglądam na wierzchołek Kościelca. Ta góra wydaje się nie do zdobycia. Drugie śniadanie, herbata, batonik, napój z pluszem i dalej w drogę. Droga do Czarnego Stawu jest bardzo przyjemna, idzie się szybko po kamienistym chodniku, a widoki przepiękne. Tylko ten Kościelec, czym bliżej tym bardziej wydaje się niedostępny. Jestem nad stawem, który błyszczy już w prawie południowym słońcu. Spodziewałem się bardziej ponurego widoku, czegoś jak Czarny Staw pod Rysami, natomiast tutaj jest przepięknie i tak jakoś radośnie. Ludzi jest już trochę ale nie ma tłoku, świadczymy sobie nawzajem usługi fotograficzne. Podchodzę do brzegu, do którego podpływają także kaczki. Zaskoczenie, prawie w ogóle się nie boją. Podpływają pod same nogi i jak owieczki na Polanie Rusinowej żebrzą o jakieś okruszki chleba. Bez problemu także pozują do zdjęć.
Jeszcze chwila odpoczynku i dalej, teraz już dość ostro pod górę. Po drodze mijam się ze schodzącymi turystami rozmawiającymi po francusku. Ogólnie podczas mojego pobytu w Tatrach w tym roku spotkałem bardzo wielu turystów pochodzących znad Loary.
Mozolnie podchodzę do góry, pot zalewa twarz a ciepło rozlewa się po całym organizmie, szlak jednak nie przysparza jakiś problemów technicznych. Wysiłek zmusza do robienia przerw ale to dobrze, bo można porozglądać się dookoła, podziwiać wspaniałe widoki, pstryknąć zdjęcia, a poza tym przecież nikt mnie nie goni, pogoda jest wspaniała. Minęło 40 minut i jestem na przełęczy Karb. Spoglądam w lewo, Kościelec nadal wygląda dość groźnie ale już nie jest taki niedostępny. Dokładnie widzę ludzi w górze, którzy trawersują zbocza tej magicznej góry. Jedni powoli przesuwają się ku zachodniej, drudzy ku wschodniej krawędzi. Następny witaminowo-magnezowy drink, trochę ciepłej herbaty i nareszcie można podjąć to wyzwanie jakim jest tajemniczy Kościelec. Po wysłuchani tylu historii o tej górze zastanawiałem się czy będzie mi dane w tym dniu stanąć na jej wierzchołku. Na szczęście nie zapowiada się aby pogoda miała pokrzyżować moje plany, a samopoczucie jest wspaniałe. Odważnie idę w górę. Znowu mozolnie krok po kroku przybliżam się do upragnionego celu. W pewnym momencie nawet gubię szlak, zapędzam się dalej w kierunku zachodnim mimo, iż szlak zaczął trawersować w lewo. Trzeba zawrócić i teraz bardziej uważnie obserwować znaki na kamieniach. Odwracam głowę do tyłu, piękny widok, szlak ciągnący się po grani od małego Kościelca, po prawej granatowe wody Czarnego Stawu a po lewej zielone lustro Zielonego Stawu oraz liczne stawy Gąsienicowe. Całość przypomina ciągnący się chiński mur lecz wydaje mi się, że ten widok jest znacznie piękniejszy. Dalej pod górę i po chwili największa przeszkoda na szlaku, kilkumetrowa pionowa ścianka na którą trzeba się wspiąć. Na szczęście dla w miarę sprawnego i myślącego turysty nie jest to duży problem, chociaż odrobiną niepewności wprowadza leżący obok w skalnej szczelinie znicz. To są te bardziej przykre chwile na szlaku. Przeszkodę jednak udało mi się pokonać bez problemu. Czuję, że już coraz bliżej, podniecenie i przypływ adrenaliny powodują iż teraz idę pod górę nie czując zmęczenia. Wspinam się szybko i dość sprawnie. Jeszcze jedna skalna ściana i jestem na szczycie. Staję na górze nie zwracając uwagi na obecnych tam turystów, rozglądam się wokół. Na mojej twarzy, po chwili poświęconej na złapanie jak największej ilości powietrza zaczyna malować się uśmiech. I powiem szczerze, że gdyby nie uszy do byłby dookoła. Na lewo zielono-szare ściany Granatów, Żółta Turnia, przede mną Kozi Wierch a za nim doskonale widoczne Rysy i Wysoka i wierzchołek Mięguszowieckiego Szczytu, po prawej potężna Świnica z doskonale widocznymi na jej wierzchołku turystami. W dole widoczne stawy gąsienicowe, dalej Kasprowy, Giewont. Dopiero teraz widzę siedzących turystów. Witam się i siadam na kamieniu. Najpierw aparat do ręki i rozpoczynam sesję, dobrze że jest kilka osób więc mogą mi pstryknąć jakieś foto. Teraz można spokojnie poleżeć na kamieniu, słońce przyjemnie ogrzewa twarz, wokoło cisza, tylko ciche rozmowy turystów przerywają ten błogi stan. Jem kanapkę i nagle do moich nóg podbiega ptaszek (chyba to był świergotek nadwodny ale nie jestem pewien – jeśli ktoś rozpozna ptaszka proszę o info) i wybiera okruszki chleba. Zupełnie się nie boi ale czego się bać skoro porusza się z taką prędkością, że nie można za nim nadążyć z obiektywem aparatu. W końcu udało mi się go uchwycić ale skuszony sezamkami poszedł w gości do innych turystów. Po chwili spokój tego miejsca zostaje zakłócony przez warkot silnika nadlatującego helikoptera TOPR. Coś się stało. Tak, teraz już widzę, akcja desantowa nad Mięguszowieckimi Szczytami (jak się później dowiedziałem na szczęście była to tylko kontuzja taternika wspinającego się po ścianach Mięguszowieckiego Szczytu). Na szczyt wchodzi coraz więcej osób, w tym grupa gimnazjalistów, która dość głośno ukazuje swój zachwyt górami. Tak więc trzeba się brać. Plecak na plecy i w dół. Schodzi się dość szybko, ruch jest niezbyt duży i nie ma zatorów. Dochodzę do przełęczy Karb i mimo wcześniejszego zapewnienia, że wrócę nad Czarny Staw decyduję się zejść drugą stroną. Była to zdecydowanie dobra decyzja. Mijam kolejno gąsienicowe stawki, Długi Staw, Czerwone Stawki, Zielony Staw, który przybiera naprawdę przepiękny zielony kolor. Już za moment będę pod schroniskiem, już widać unoszący się dym, teraz to już tylko myślę o złocistym napoju. Jednak po chwili spostrzegam iż zgubiłem po raz kolejny szlak. Ja idę górą a reszta ludzi dołem. Trudno już nie wracam, przecież ta ścieżka na pewno doprowadzi mnie do szlaku. Nie myliłem się, ścieżka łączy się z niebieskim szlakiem na Karczmisko. Cóż już nie wracam do schroniska, wytrzymam jeszcze trochę i wypiję piwko w Zakopanym. Odwracam wzrok aby jeszcze raz spojrzeć na Kościelec. Pięknie komponuje się panorama gór z zielenią kosodrzewiny i jaskrawym różem wierzbówki kiprzycy. Jestem szczęśliwy, wszystko dzisiaj mi sprzyjało. Do zakopanego wracam przez Boczań i w Kuźnicach tym razem wsiadam w busa do dworca PKP (ostatni raz pokusiłem się iść piechotą – nie jest to jednak najprzyjemniejsza droga, zwłaszcza że w nogach już 11 godzin). W FIS-e wypijam piwko, idealnie zgrałem się czasowo z moją żoną, ja kończę piwo a ona właśnie parkuje pod dworcem. Musimy szybko wracać, bo rodzinka w polu zbiera owies więc trzeba im pomóc. O godzinie 22.30 udało mi się wspólnie z wujkiem wrzucić ostatnie snopki owsa do stodoły i w końcu mogłem ściągną buty z nóg.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 27-08-2007 07:15 PM przez fasmac.
RE: Lipiec, Sierpień- WAKACJE!!! A My na szlaku...
fasmac napisał(a):
Przepraszam że zmusiłem Was do czekania
Na taaaakusią relację warto było czekać.Gratuluję.Piękna relacja.Piękne fotki.
fasmac napisał(a):
Na mojej twarzy, po chwili poświęconej na złapanie jak największej ilości powietrza zaczyna malować się uśmiech. I powiem szczerze, że gdyby nie uszy do byłby dookoła.
Dobreee hehe
fasmac napisał(a):
Postaram się szybciej zamieścić relację i może jednak będzie krótsza.