Część 1 z 2
Zawsze i wszędzie wszystkim co z górami mają niewiele wspólnego powtarzałem - jeśli już chcecie tam iść to nigdy w sezonie, a szczególnie w weekendy - tym bardziej długie. Dzikie tłumy, które jak mrówki wokół mrowiska chodzą w tę i we w tę, tworząc swego rodzaju rozgardiasz nie do ogarnięcia ludzkim okiem. Hałas, wrzaski, narzekania czemu tak daleko i tak wysoko... Byłem tam do tej pory trzy razy i generalnie unikam tego miejsca jak ognia - oczywiście ze względu na te tłumy.
Była sobota, długi weekend z okazji Bożego Ciała. Do Zakopanego wyjechałem dopiero około 13.00 z Krakowa. I cóż postanowiłem zrobić mając tak niewiele czasu? Wejść na Giewont! 
Nasza Modzina jak się dowiedziała o tym to odpisała, że nie wie czy ma mi gratulować czy płakać
Jak się jednak później okazało, spełniła się moja cicha nadzieja i był to strzał w dziesiątkę. Na początek Gronik, Mała Łąka.
Na dole szlak to płynący potok, Wielka Polana piękna jak zwykle ale podtopiona tak, że trzeba obchodzić bokiem, za Wielką Polaną schodzące tłumy. Co chwila pada cześć, dzień dobry, hej... Tak, że chwilami nie można nadążyć odpowiadać. No więc gdzie ten strzał? Ano na progu Małej Świstówki, w niedalekiej odległości od pięknych, urwistych i miejscami przewieszonych ścian Wielkiej Turni.
Tutaj tłum zszedł sobie na dół a ja znalazłem się u góry sam. Nagle jak ręką odjął zrobiła się cisza. Wyciągnąłem coś do picia z plecaka, coś tam zakąsiłem i nie spotkałem podczas postoju już ani jednego człowieka.
Słońce zaczęło znów wyglądać zza chmur i swoim popołudniowym, intensywnym i ciepłym blaskiem oświetliło wapienną okolicę. Cóż mi lepszego trzeba było.
Na samym Giewoncie była oprócz mnie dwójka turystów. Wreszcie miałem okazję zrobić tutaj zdjęcia bez kombinowania jak ustawić aparat aby złapać jak najmniej ludzi w kadrze.
W drodze zejściowej zahaczam o Siodłową Turnię. Na ścieżce gdzieś tam minąłem dwie niewielkie grupki turystów, na horyzoncie znów ani jednej.
Jeszcze tylko zejście z powrotem na Wielką Polanę i dalej w dół - na samym końcu wywinąłem prawie orła na mokrym mostku, ale prawie robi wielką różnicę, więc
.
Wieczorem spotykam się z wędrującymi już od 3 dni po Tatrach Anettą i Rychem, jest wspólne
no a oprócz tego jakieś inne fajne rzeczy pachnące z grilla.