Tak jakoś wyszło, że prawie dwa miesiące nasza trójka nie była razem w górach. Tak jakoś wyszło, że padło na Tatry. Gdzieś na skraju lata i jesieni i gdzieś koło ósmej w niedzielę wylądowaliśmy na parkingu u wylotu Doliny Kościeliskiej. Korowody turystów wszelakich wlewały się kolorową wstęgą w dolinę, a my, samotnie podążyliśmy ku Nędzówce i czerwonym znakom na Przysłop Miętusi. Ładnym, schludnie utrzymanym i co ciekawe ? pustym szlakiem nabraliśmy wysokości w nogi i rześkiego powietrza w płuca. Po chwili polana i śniadanko z widokiem na Kominiarski Wierch oraz skąpane w porannych mgłach granie Czerwonych Wierchów.
Ruszamy na niebieską ścieżkę. Najpierw szybko łagodnym trawersem mijamy leżące w dole zielone Wantule. Później robi się nieco bardziej stromo, a skała i kamienie mokre więc o poślizg nietrudno. Zwalniamy. Przed nami okazałe z tej strony ściany Małołączniaka i i Kobylarzowy Żleb.
Gdy podchodzi się doń wygląda imponująco, a załamujące się poranne światło tworzy nieco bajkowy klimat. Ruszamy do góry, po śliskich kamieniach, żwawo, bo za nami już głosy podążających tą samą trasą ludzi. Na łańcuchach chcemy być pierwsi. I jesteśmy. Wisiorki są delikatne, nic strasznego. Jeszcze kilkaset metrów do grani, jednak zauważamy, że pogoda poczyna robić się madziorna. Cóż, pewnie sama Magda bawi gdzieś w Tatrach ? stwierdzamy - i ciśniemy ku górze, by zobaczyć, co też dzieje się wyżej.