Odpowiedz  Napisz temat 
Wielkie wędrowanie małej ekipy - Wielka Fatra, maj 2010
Autor Wiadomość
Stasiu

*****


Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status: Offline
Post: #1
RE: Wielkie wędrowanie małej ekipy - Wielka Fatra, maj 2010

cd....Smile

22.5.2010, dzień drugi

Rano nie musimy wstawać wcześnie. Mamy cały dzień na przejście zaplanowanej trasy. Później się jednak okaże, że to nie było aż takie łatwe. Śniadanko dajemy z oferty kuchni albo z własnych zasobów. Kawkę już jednak piję na ławeczce obok chaty.
   
Dla mnie to są najpiękniejsze momenty w górach. Górska chata, poranne słoneczko, widoki, kawka i brak ludzi. Akurat taki moment nastał przy Ch p/B. Jednego się WF nie da uprzeć. Mają tutaj inteligetne i kulturalne misie. Te nie robią kupy byle gdzie, ale korzystają z latryny schroniska. Ma to jeszcze jedno malutkie niedociągnięcie. Kiedy na latrynę przychodzi dalszy klient, ma problemy wytrzymać z dechem. Mieciur poznał to na własnych płucach. Musiał skorzystać z środków ochronnych.
   
Jest 9:50 i czas opuścić to gościnne miejsce. Trzeba jeszcze tutaj kiedyś powrócić. Mallaidh powiedział nawet, że to jest dla niego jedno z najładniejszych miejsc, które widział. Ja mogę się pod tym twierdzeniem tylko podpisać. Najpierw musimy przejść Ploske, tym razem innym bocznym trawersem. Wsteczny widok jest ostanim pożegnaniem się z Ch p/B.
   
Czas jednak myśleć co nas czeka. Bez problemów osiągamy nasz wczorajszy pierwszy cel - Sedlo Ploskej.
   
Od teraz poznajemy, że jest sobota. Pojawiają się weekendowi turyści, których dzień wcześniej było brak. Doszło jeszcze do jednej zmiany. Po nocnych opadach i po opadach w przeciągu dnia, chodnik gwałtownie się zmienił. Jest to taki jeden ślizgający się chodnik.
   
Poznaliśmy to zaraz, kiedy przechodziliśmy przez rezerwat Čierny kameň (wierzchołek jest niedostępny). Można było wywinąć nie lada "Sokoła" a zciężkim worem nawet "Kozła". Po przejściu Čierneho kameňa robimy postój na herbatkę i z zainteresowaniem spojrzewamy na coraz to więcej zbliżający się nasz dzisiejszy główny cel. Wyluzowany nastój nam trochę psuje zmienna pogoda. Chwile słoneczne i burzowe zmieniają się często. Po przejściu mniej znaczącego, ale śliskiego, kopczyka Minčol Kračkovy, nagle jesteśmy tu, w Južném Rakytovském sedlu.
   
Od teraz drogi powrotnej nie ma. Chociaż dla mięczaków jest przygotowany trawers Rakytowa. W tym miejscu zrodził się też początek drugiego zadania dla Gosi (ona o tym nie wiedziała). Trzeba było sprawdzić jak za ubiegły rok zformowała się jej psychika podczas wyjścia na "stohopodobne" kopczyki. Podejście na Rakytov było tylko 2/3 Stoha, ale za to chodnik był namydlony po całej trasie. Nawet i ja miałem w pewnych miejscach problemy przynajmniej w utrzymaniu stylu - dwa kroki do przodu, jeden krok w tył. Staram się wyruszyć jako pierwszy, żeby na wierzchołku zadokumentować odruchy naszej zawodniczki.
   
W zacnych chwilach podczas nabierania tchu, kieruję swój aparat w stronę kopczyków, które już many za sobą.
    - charakterystyczny Čierny kameň, w środku Ploská, w prawo Borišov, w tle grań Križnej i Ostriedka.
O 14:00 wreszcie upragniony wierzchołek (1567 m). Z niecierpliwością czekam na przyjście Gosi. Ona nie spełniła ale moich oczekiwań. Nie było żadnych sensacyjnych zdjęć. Na szczyt wylazła od tak sobie, jakby to było normalne kretowisko.
   
Łaskawe zezwolenie Rakytowa nam na wyjśćie świętujemy wypiciem napojów turystycznych.
   
Tutaj w tym miejscu muszę wspomnieć na Mieciura. On jedyny był z naszej piątki prawdziwym drakonem. Kiedy inni polegają na ofertach pitnych schronisk, on nic nie stawia na przypadek. Cały potrzebny zapas nosi mozolnie w swoim worze. Napoje turystyczne i soki bananowe (0 %AL) wyciągał z plecaka jak magik króliki z kapelusza. My na trasie musieliśmy oszczędzać zapasy a on nie. Trzeba jeszcze odpowiedzieć na pytanie Madziorka. Tak. Mogę potwierdzić, że Mieciur nie pił (oprócz napoju turystycznego) żadnego oprocentowanego napoju, nawet nie dał się skusić urodzinowym trunkiem Tomtura.
To, że osiągnięcie Rakytowa nie miało żadnego wpływu na uczestników, nie jest tak całkiem prawdziwe. Niektórzy zamiast podziwiać przepiękne widoki, wybrali raczej krótką drzemkę.
   
Odpoczynek odpoczynkiem, ale trzeba jeszcze myśleć na dotarcie do bazy noclegowej. Myśl, że najwyższy cel dzisiaj został osiągnięty, dodaje nam skrzydeł.
   
Za chwilę jesteśmy w Severnom Rakytovském sedle. Tutaj Mordimer miał problemy z właściwą orientacją. My po krótkim dreptaniu w miejscu wybieramy właściwą drogę. Obchodzimy Tanečnici z lewej strony po rzecz jasna błotnistym chodniku, przechodzimy przez rezerwat Skalná Alpa, gdzie z jednego drzewa Gosia robi sobie punkt wypoczynkowy,    
aż w końcu wynurzamy się na siodle koło kopczyka Skalná Alpa.
   
W tym miejscu to już faktycznie rozpoczyna się zakończenie wędrówki drugiego dnia. Schodzimy na miejsce zwane Močidlo z górskim hotelem Smrekovica.
   
Tutaj pierwotnie chciałem zakwaterować naszą ekipę, ale z braku miejsc musieliśmy przejść trochę dalej do VZS. Ilość turystów można poznać po przystawionym autokarze, którzy na lekko chodzili sobie po kopczykach i potem z bagażnika wyciągali kuferki z dalszymi rzeczami. My postanawiamy tutaj chociaż napić się piwa. Był ale problem. Droga do baru tego hoteliku jest wysłana pięknym czerwonym dywanem. Przejście po takim dywanie naszymi zabłoconymi butami, wytworzyło by pewnie nieśmiertelne malarskie dzieło, ale bez aprobaty personelu. Jednogłośnie wybieramy Mallaidha, który będzie tym szczęśliwcem i zobaczy wnętrze hoteliku, okolice baru i zakupi potrzebne napoje. W tym celu jednak musiał zrzucić zabłocone buciory i w sandałkach pójść zrobić zakupy.
   
Przyznam, że dla mnie to była dalsza niezapomniana chwila tej wyprawy. Do dzisiejszego celu to było już faktycznie parę kroków. O 17:30 jesteśmy u celu w VZS. Tutaj już normalka. Zakwaterowanie (12 Euro + 0,35 Euro opłaty za powietrze), odpoczynek, przeprowadzenie higieny, gdzie niektórzy byli z nią dwa dni na bakier i plany co z napoczętym wieczorem. Wieczornych atrakcji było sporo, godnych dla prawdziwych mieszczuchów w górach. Było:
    - huśtanie się na huśtawce,
    - trening kondycyjny na następny dzień
    - zawody w jedzeniu ostrego utopenca i gaszenie go piwem
    - ciepanie rzutkami
Co dalej powiedzieć? Zabawy było sporo. Dzień udany. Kopczyki przejdzione. Nic tylko zanurzyć się do łóżka i przespać się na następny dzień.
Dobranoc.

cdn... innocent



Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
26-05-2010 09:20 PM
Znajdź wszystkie posty użytkownika Zacytuj ten post w odpowiedzi
Odpowiedz  Napisz temat 

Wiadomości w tym temacie
RE: Wielkie wędrowanie małej ekipy - Wielka Fatra, maj 2010 - Stasiu - 26-05-2010 09:20 PM



Pokaż wersję do druku
Wyślij ten temat znajomemu
Subskrybuj ten temat | Dodaj ten temat do ulubionych

Skocz do: