Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Pojedynek z pasmem Lubania i masywem Turbacza - biba GŚ, Gorce, 29.1-31.1.2010
Ciamajda jestem. Chciałem zrobić korektę i wymazałem cały post . No muszę znowu.
Cd...
Dzień drugi 30.1.
Dzięki Maciek . Prawidłowo jest "Każda biba ma faktycznie swojego Stoha".
Wstajemy około 8:00 . Jak na wyćwiczonych górołazów, to trochę za późno, ale jesteśmy usprawiedliwieni. Rano ma do nas dołączyć resztka ekipy i musimy na nich poczekać. Po wczorajszej kolacji jestem ciekawy co nam gaździna przygotuje na śniadanie. Nie zawiodła nas. W jadalni czekała nas prawdziwa uczta. Najwięcej był z niej zadowolony nasz nadworny cześnik Tomtur. Wychwalał śniadanko tak w niebogłosy, że domownicy nam nawet nie wytkli naruszenie ciszy nocnej. Po śniadaniu dochodzi sobotnia grupa w podobie: Edyta85 "Edzia", Lelko, Masklin i ŁukaszS.
Teraz już na poważnie trzeba myśleć o dźwignięciu swoich tyłków i wyruszyć w dalszą drogę. Na bibie jesteśmy od chodzenia po kopczykach, a nie od obijania się po jadalniach schronisk. W tym miejscu trzeba oznajmić, że doszło do ważnej zmiany w składzie ekipy. Z przyczyn technicznych nie mogą się z nami wyturlać na Turbacz sam Admin i jego adjutant Mieciur. Ja myślę, że w tej sprawie maczała palce Modzina. Podczas pokonywania pasma Lubania oni dwaj nieustannie naruszali szyk bojowy, oddalali się od zwartej grupy, którą z dużym nasileniem trzymała po kupie prawie Modzina. Za to otrzymali karę - będą siedzieć na tyłkach cały dzień i dołączą do nas dopiero w niedzielę. Mieciur otrzymał dodatkową penalizację - utracił na ten dzień post chorążego. W takim odmienionym składzie ruszamy o 10:00 na podbój Turbacza. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie wychwalanej chatki
i wytaczamy się na szlak. Pierwszym celem jest dotrzeć na Przełęcz Knurowską. Lubań z odległości 11 km nam posyła ostatnie pozdrowienia. Nie inaczej, jak po swojemu. W postaci postawienia na drodze jeszcze ze czterech kopczyków. Znów nie obyło się od przebierania i podawania lekarstwa, aby śniadanie długo nie siedziało na żołądku.
Ponieważ nie był z nami Admin ze swym przyrządem GPS, prowadzący Mallaidh zgubił drogę. Modzina chciała go za karę posłać z powrotem, ale wybaczyła mu, kiedy błagał o przebaczenie i przyrzekł, że będzie więcej uważał oby nie zgubić już szlaku.
Z opóźnieniem przekraczamy drogę na Przełęczy Knurowskiej i tym definitywnie żegnamy się z pasmem Lubania.
Masyw Turbacza to już inna strona medalu. Tutaj wytrwale pod górkę bez tych krecich kopczyków. Tworzymy zwarty szyk. Z nogi na nogę posuwamy się naprzód. Czas od czasu wychodzimy na górskie łąki. Jednak warunki pogodowe nie pozwalają nam na jakiekolwiek widoki.
Muszą nam wystarczyć tablice informacyjne. Podczas postojów, przy zmaganiu się z bocznym grzbietem góry o dosyć rozpowszechnionej wołoskiej nazwie - Kiczora - czas jest wypełniony urządzaniem różnego rodzaju grami. Naprz. rzucaniem zastępczej Snieshki - Modziny - w śnieżne borówczoki (Ci odważniejsi 
albo wytykanie palcem za jej plecami (Ci mniej odważni ).
W takim oto dobrym nastroju dochodzimy na Kiczorę, kopczyka, który kończy największe ciężkości. Od teraz do schroniska będzie już lajtowo. Żeby uczcić tą chwilę, robimy pamiątkowe zdjęcie.
Po opuszczeniu wierzchołka, natykamy się w lesie na stado baranów jeżdżących na skutrach śnieżnych. Wg mapy to miejsce znajduje się na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego. Mogę się mylić, ale myślę, że na takim miejscu muszą i barany chodzić piechotą albo na deskach a nie zakłócać spokoju i smrodzić w przyrodzie. Natknięcie się na tego rodzaju typków wieszczyło, że schronisko już niedaleko. Faktycznie. Po chwili wychodzimy z lasu na znaną Halę Wzorową. Na drugim końcu widać już "nasz" schron.
Dojście do niego było dla nas, górskich wilków, już taką wisienką na torcie. Schronisko na Turbaczu, 15:30. Komuś się może wydawać, że długo plątaliśmy się po kopczykach, ale my chcieliśmy sobie użyć ten dzień .
Po dojściu do schroniska, dalsze wypełnienie czasu to już klasyka. Zakwaterowanie na pokoju, gdzie poniektórzy nie wytrzymali wysoko w tym dniu ustawionej poprzeczkil i musieli sobie odpocząć nim zdążyli się rozebrać , higiena ciała, popas i znowu ta wieczorowa duchowa uczta - moja ulubina czynność - przy suto nakrytym stole.
I znowu było o czym mówić. Szkoda jednak, że poszliśmy wcześnie spać (11:00). Próbowałem protestować, ale na nic się to nie zdało. Wszyscy odpadli jak Sylwester od ściany .
Dobranoc.
Koniec dnia drugiego
Cdn..
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|