Wchodzimy, a tam Giewont, oryginalnie i sto razy ciekawiej niż zwykle pozuje turystom do zdjęć. Pstrykamy i my, nim spłoszy się za obłoki.
Suniemy ku Małołączniakowi i święcącemu za nim Słońcu, praktycznie czując na plecach oddech zbliżającej się znad Podhala chmury.
Gdy docieramy tam chmursko przystaje, jakby onieśmielone zastanym widokiem, wraca na z góry upatrzone pozycje po polskiej stronie Tatr. Zagarnia zdobyty teren po horyzont, jednak nie odważa się wedrzeć na ziemie Słowacji. Od Tatry Wysokich, hen aż po końce Zachodnich stoją białe zastępy obłoków. Na szczytach ludzie prażą się do południowego Słońca.
Kładziemy się na zawietrznej na dobrą godzinę. Nawiązujemy kontakt z Władzą. Mieciur podaje nam dobrą wiadomość iż Pedro i Doktor zdobyli Jagodowy Szczyt. Czcimy ten wyczyn Plackiem Śliwkowym. Gdy w końcu wstajemy, podchodzi ku nam witając się dziewczyna - jak się okazuje to Anna, nasza Forumowiczka! Jakże miłe, nieoczekiwane spotkanie. My ruszamy w stronę Ciemniaka, ona też lecz ze swoją grupą.
Na Krzesanicy badamy tajemnicze kamienne kopczyki i szybko deptamy ku Ciemniakowi, na kolejny, krótki popas. Nie ma co się śpieszyć w dół, szczególnie, że u stóp szczytu już czai się wielka ciemna chmura. W końcu jednak wchodzimy w jej czeluście, a ta wypluwa nas całych i zdrowych na Chudej Turni.
W drodze powrotnej jeszcze dwa razy mijamy się z Anną, po czym lądujemy bezpiecznie w Dolinie Kościeliskiej, by razem z pielgrzymką podreptać na parking. Wieczorem w Nowym Targu udaje nam się jeszcze podać ręce Gandzi, Doktorowi i Pedrowi przy wspólnej kolacji. W końcu przez mroczną, gorczańską Przełęcz Knurowską (846 mnpm - jakby mało tych gór jeszcze było) docieramy do domów. Dziś mordkę mam czerwoną, jak Wierchy.