Co by tu powiedzieć na właśnie przeczytaną relację. Chyba zacznę od spodu.
Dygresja nr. 3: Ciężko szukać słów pocieszenia, kiedy odchodzi ukochana osoba. Nasuwa się jedynie zawsze wypowiedziane "Serdeczne współczucie" Margit. 
Dygresja nr. 2: Burza w górach to jest zawsze osobisty dramat każdego turysty, który się dostanie w jej zasięg. Jak już uprzednio pisałem w innym poście, taki przejaw pogodowy to jest jak loteria - uderzy czy nie uderzy. Za siebie mogę powiedzieć, że dla mnie to jest najgosze zjawisko pogodowe w górach. Śmierć turysty na Giewoncie i pod Płaczliwym jest smutnym mementem dla pozostałej rodziny. 
Dygresja nr. 1 i cała wycieczka: Wiesz Margit, kiedy przeczytałem nagłówek relacji, trochę się przestraszyłem, że Was gdzieś źle potraktowano. Jednak całe negatywne emocje poszły tylko na normalną Madziorną pogodę i zerwany kawałek naskórka. Będę się znowu powtarzał - nie bądźmy źli na sytuacje, które nie możemy zmienić (pogoda jest tym przykładem). Margit, zerwana skóra i deszcz nie była karą, ale próbą na Twoją psychikę i prawidłowego zachowania się na kopczykach
. Ja bym jednak w tych negatywnych uczuciach znalazł jedno pozytywne
- spostrzegłaś, że nie jest taki diabeł straszny, jak go malują (czytaj "wyjście na Świnicę"
).
Dobrze, że się odezwałaś. Długo Ciebie nie było. Relacyjka
, tylko mi przy takich sytuacjach brakuje opisu zachowania osób towarzyszących.
Pozdrowienia dla Putina, jak go trochę znam, to chyba zachował kamienną twarz do końca.