Do podnóża Baraniej Góry zeszło się już bez dodatkowych atrakcji. W momencie, kiedy wkracza się na teren rezerwatu Barania Góra, naszym oczom ukazuje się tragiczny i bardzo zasmucający widok. Setki, a może nawet i tysiące uschniętych drzew, położonych pokosem przez wiatry na opadających zboczach, straszą niczym wymarłe cmentarzysko. Straszliwie przygnębiający widok. Zasady funkcjonowania rezerwatu, nie pozwalają na to, żeby człowiek mógł wkroczyć tutaj z jakąkolwiek ingerencją.
Na przeciwległym zboczu, z kolei planowa wycinka hektarów lasu, zaatakowanego przez szkodniki. Tam, gdzie jeszcze dwadzieścia lat temu przechodziłem w otoczeniu gęstego lasu, teraz wieje pustką i straszy kikutami korzeni wystających z podłoża. Wiem, że na ich miejsce leśnicy sadzą nowe, bardziej odporne gatunki drzew, ale ja już się nie doczekam, żeby w ich cieniu ukoić swoje zmęczenie wędrówką.
Na szczycie meldujemy się po upływie ok. piętnastu minut i dopiero teraz napotykamy na niezbyt liczne towarzystwo. Żołądki ponownie dały o sobie znać, wiec zaspakajamy ich żądze i obowiązkowa, krótka sesja zdjęciowa na wieży widokowej. Delikatna, ale dość intensywna mżawka, zmusza nas do założenia kurtek. Po raz pierwszy od zakupu, mamy szanse je wypróbować.
Guzik z pętelkom. Opad był krótki i dalej nie wiemy, czego możemy się po nich spodziewać. Może innym razem. Od tego momentu mamy już tylko z górki. W dość szybkim tempie mijamy schronisko - hotel na Przysłupie, do którego nigdy nie zaglądam.
Idący w przeciwnym kierunku turyści pytają tylko o jedno: czy leją tam piwo. Widać dla nich, to jedyna atrakcja pobytu w górach. Dla mnie natomiast, największa atrakcja dnia, była dopiero przede mną.
Na krótkim, ale dość stromym zejściu z czerwonego szlaku na ścieżkę dydaktyczną wiodącą zakolami Czarnej Wisełki, napotykamy na grupkę młodych ludzi. Pierwszy raz w moje trzydziestoletniej karierze górołaza zobaczyłem coś takiego. Napotkani młodzieńcy opierali ciężar swojego ciała na całkowicie gołych stopach. Stawiali je płynnie i z gracją na wyostrzonych kamieniach, bez żadnego grymasu na twarzach, który mógłby zdradzać sprawiany im ból. Uśmiechali się przeuroczo i w najlepsze prowadzili konwersacje umilając sobie wędrówkę. I jaki tu ma sens kupowanie drogich butów, które i tak zazwyczaj są mało wygodne? Dość długo nie mogliśmy się otrząsnąć po tym widoku, ale kiedy doszliśmy do wniosku, że to pewnie pokuta zadana w konfesjonale za grzechy, trochę nas popuściło. Następny przystanek to schronisko na Stecówce. Niegdyś moje ulubione. Teraz nie mogę patrzeć na niego. Dach straszy pordzewiałą blachą, zamiast oryginalnego gontu, a obok murowana dobudówka, która pasuje tutaj, jak nie przymierzając krawat świni, nie obrażając tego poczciwego i inteligentnego stworzenia. Co za idioci wydają pozwolenia budowlane w takich przypadkach? Chętnie bym ich poznał i wyzwał od czci i wiary. No nic to, teraz odnajdujemy naszą ukrytą w zaciszu leśnym ławkę i spoglądając na przebytą drogę, uzupełniamy zapasy energii. Mamy jednak towarzystwo. Dosiadł się do nas malutki kotek. Biały w czarne łatki. Przyszedł towarzyszyć nam z własnym prowiantem. My, buły z kabanosami, a on, dającą jeszcze oznaki życia, myszkę. Muszę przyznać, że bardzo zgrabnie radził sobie z jej konsumpcją. Bez żadnej krępacji zaczął swoją ucztę od głowy, na ogonie skończywszy. Trochę nam krzywiło gębami i jakoś kęsy nie chciały się przełykać, ale z czasem przywykliśmy. Posileni i nieco zdegustowani makabrycznym spektaklem odnajdujemy czerwony szlak, bo przecież nie pójdziemy asfaltową autostradą, która wiedzie w tym samym kierunku, ale o wiele mniej komfortowymi warunkami, jak na górołaza. Po drodze baraszkujemy w moim ulubionym miejscu, gdzie zapach skały przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Zamiast Taterek, na razie.
Z Przełęczy Kubalonki mieliśmy w planach wejść na żółty szlak, a dalej zielonym prosto do naszego auteczka. Tylko gdzie ten szlak? Po pierwszych dwóch znakach, za którymi poszliśmy, dalej nieljzia. Pełno nowych tras zjazdowych, przy budowie których zapomnieli o tych, co to jeszcze piechotą chodzą i znaki w pień wycięte. Kiedy mieliśmy już zamiar zawrócić, co nam się wcale nie uśmiechało, jakimś cudem, w gęstych zaroślach, Karolina dostrzegła małą plamkę na drzewie. Jeeeest, hura!!! To była nasza ostatnia deska ratunku. Dalej oznaczenia przebiegały już prawidłowo. I tak szczęśliwie dotarliśmy do zielonego, ostatniego już w tym dniu odcinka szlaku do przejścia.
Dopiero tutaj zapoznaliśmy się z informacją, że żółty szlak, ze względu na przebudowę tras narciarskich, jest zamknięty dla turystów. Tylko dlaczego takiej informacji nie ma z drugiej strony? Banda! Totalnie zmęczeni, przeokropnie strudzeni, pełni wrażeń i nowych doświadczeń docieramy w końcu tam, skąd zaczynaliśmy rano naszą wędrówkę.
Właśnie przez całą drogę na to liczyłem.