Ze swojego punktu widzenia powiem tak. Nie wiem co mnie to napadło, że wymyśliłem tą ferratę. Kiedyś ją przechodziłem jako młody i nie miałem dużych problemów. Teraz już mam swój wiek i dostateczną wagę. Dla mnie początek jest bardzo trudny. Nawet zauważyłem ciekawe zjawisko. To "D" do góry jeszcze się da na "górola" wyjść. Jest możliwość odpocząć ustawieniem chociaż jednej stopy na kotwie liny. Jednak kiedy zabezpieczenie przechodzi do poziomu, to nawet stopień trudności "C/D" bez podpórek, chociaż milimetrowych, pod nogi jest jeszcze większym problemem. I tak tu było. Styl na "górola", kiedy jesteśmy na płasko zaparci stopami do skały i trzymamy się liny tylko jedną ręką, ponieważ ta droga przepina karabinki, jest na samej granicy odpadnięcia. Yoter na swoich zdjęciach nie ujawnił cały dramatyzm, ponieważ trzeba mieć też trochę lepsze ustawienie do robienia zdjęć niż dyndanie na linie. Kiedy uporałem się z początkowym odcinkiem, to dla mnie były jeszcze dwa miejsca problemowe. Najpierw utknąłem w skalnym kominie. Wiadomo, jestem zbudowany cieleśnie do utknięcia w takich miejscach. Drugi i chyba mój największy problem był, kiedy musiałem swoim stylem górolskim dosiągnąć nogą skalną półkę na wysokości powyżej brzucha. Dla pająków nic trudnego, ale ja ze swoimi krótkimi nogami?
Uporałem się z tym problemem w ostatniej chwili. Trzymać swoje cielsko na rękach to co innego niż Ci od wolnego łażenia. Najwięcej mnie w końcu zaskoczyła Lidka. Ta jedyna z naszej trójki w ogóle nic nie powiedziała o tym, że było bardzo trudno.
Muszę przyznać, że Piazetta odebrała mi resztki chęci na ferraty w tym roku. Jeszcze podreptaliśmy inne ferraty, ale do tych bardzo trudnych już się nie nastawiałem. A to miałem w zanadrzu długo oczekiwanego Königsjodlera.