BIESZCZADZKIE ROHACZE (zajazd forumowy 16-22 .09.2007 )
Kolejny zjazd forumowy planowany od maja zrealizowaliśmy zgodnie z wcześniejszymi założeniami w połowie września. Spotkanie odbyło się niestety w nieco mniejszym gronie niż przewidywany, i w klimacie pełnej improwizacji-tym niemniej taka atmosfera-przygody bez programu, nadała imprezie niepowtarzalny czar. W moim przypadku decyzja wyjazdu ( a raczej możliwość) zapadła nieomal w ostatniej chwili- i nieco sam zaskoczony rozwojem wypadków w sobotnie popołudnie zjawiłem się w Wołosatem , miejscowości na krańcu kraju, pośród bieszczadzkich połonin i bukowych kniei powoli wyzłacających się w pierwszych wrześniowych przymrozkach. Jako pierwszemu uczestnikowi zajazdu w Bieszczady, który zjawił się na miejscu-czułem się zobowiązany do znalezienia godziwej bazy górskiej naszego przedsięwzięcia-co też uczyniłem korzystając z gościny placówki naukowej w Wołosatem. Dobre warunki zakwaterowania i niewygórowana cena noclegów, były w tym przypadku decydujące. Jeszcze przedwieczorny rekonesans w „Barze pod Tarnicą” ,gdzie przy muzyce SDM odkrywam na nowo niezrównany bukiet smakowy Leżajska i ze spokojnym sumieniem mogę przyłożyć głowę do poduchy-wszystko zapięte na ostatni guzik. Nazajutrz będąc w stałym kontakcie telefonicznym z pozostałymi uczestnikami zajazdu wychodzę im na spotkanie w miejsce zwane „Ostatnim sklepem na szlaku”. W oczekiwaniu, sprawdzam jeszcze raz walory produktu z Leżajska. Doskonały-zwłaszcza w połączeniu z widokami na Połoninę Caryńską i dalej Wetlińską. Czas do spotkania umilam sobie obserwacją miejscowych klimatów –a to turyści bieszczadzcy, różniący się nieco zachowaniem, wyposażeniem ,ubraniem od tego co się ogląda w Tatrach-przechodzą drogą na szlak, a to scenka rodzajowa w postaci konwersacji dwóch miejscowych łaziorów spożywających „śniadanie” przed pracą z oficerami miejscowej SG i do tego wokół zapadające we wrześniową porę Bieszczady ....Niepowtarzalny nastrój tak charakterystyczny jeno dla krainy połonin, atmosfery wolności i swego rodzaju „luzu”.....Czar tego miejsca jest zaraźliwy- efekty zwielokratniają się z każdym łykiem bro...sam stwierdzam to empirycznie. Oto i są forumowicze ! Małgosia z Sylwestrem. Marycha i nasz admin- Pedro świeżo z podróży w strony, gdzie widok łosia na ulicy jest czymś oczywistym i naturalnym. Wyłaniają się z zza zakrętu drogi objuczeni ciężkimi plecakami. Witamy się , na kwaterze załatwiamy formalności związane z pobytem. Spodziewam się , że są zmęczeni daleką podróżą , i zechcą odpocząć...ale jestem w błędzie. Pasja górskiego wędrowania, która ich przywiodła w to miejsce powoduje , że po niedługiej chwili jesteśmy na szlaku. Podążamy za znakami czerwonymi w stronę Rozsypańca. Pogoda jest dość dobra, choć wyżej będzie nieco wietrznie. Idąc wygodną drogą w stronę granicy mamy sposobność na rozmowę, wzajemne poznanie się ,przynajmniej w moim przypadku- jest to moja pierwsza impreza forumowa. W rejonie przełęczy Bukowskiej wychodzimy ponad górną granicę lasu, nasza trasa skręca na północ i połoninami stromiej już wznosi się w stronę szczytu Rozsypańca. Wraz ze wzrostem wysokości otwierają się nowe widoki, na zachodzie gniazdo Tarnicy i Krzemienia, na wschodzie ponad szczytem Kińczyka Bukowskiego w dali usiłuję rozróżnić najwyższy wierzchołek Bieszczadów Wschodnich –Pikuj, w stronę południa widać Połoninę Równą. Kolejny szczyt, w nieco mozolnym podejściu-to Halicz. Na szczycie kilkoro turystów skupionych wokół trójnogu geodezyjnego. Urządzamy krótki postój, zwyczajowe fotki z wierzchołka, małe co nieco. Wzmagające się porywy wiatru, powodują że wyciągamy kurtki z plecaków. Z Halicza obniżamy się pocżątkowo ku północnemu –zachodowi, następnie na zachód, trawersując zbocza Kopy Bukowskiej i Krzemienia. Znaki czerwone prowadzą teraz ścieżką pośród wysokich traw połonin , urozmaiconych czasem kwitnącą goryczką trojeściową, czasem zdarzają się zarośla olchy kosej w stronę Przełęczy Goprowców., gdzie przy szlakowskazie jest węzeł szlaków turystycznych z dobiegającą ścieżką niebiesko znakowanej trasy z Widełek przez Bukowe Berdo do Wołosatego .Po stromym podejściu, trochę doświadczającym moje możliwości kondycyjne osiągamy Siodło pod Tarnicą- stąd krótki wypad na królową polskich Bieszczad, i zejście do Wołosatego. Wieczór wypełniają nam zajęcia integracyjne-wpierw wizyta w „Barze pod Tarnicą”(niezłe placki po bieszczadzku z gulaszem baranim-oczywiście w towarzystwie wyrobu z Leżajska.), a następnie w zaciszu sali konferencyjnej ośrodka naukowego- badamy zawartość butelki z czerwoną substancją. Badania wypadają pomyślnie.
Nazajutrz poranny bus uwozi nas z Wołosatego w stronę przystanku przy wielkiej obwodnicy bieszczadzkiej- Widełki. W planach przejście niebieskim szlakiem poprzez Bukowe Berdo do Wołosatego. Wbijamy się w piękny bukowy las , uprzednio wnosząc stosowną opłatę w budce kasjera parkowego. Szlak w stromym podejściu dość szybko zyskuje na wysokości., po osiągnięciu zalesionego wierzchołka Kopy odcinek bardziej poziomy i kolejne strome podejście . Niejako przy okazji zwiedzamy szczyt Widełek, wznoszący się nieco po prawej od ścieżki .Ponad górną granicą lasu otwierają się widoki na masyw Szerokiego Wierchu po prawej z Doliną Terebowca w dole, po lewej w stronę Grzbietu Jeleniowatego i Doliny Sanu dalej. Wrażenia widokowe zaskakują w pozytywny sposób, w nieco mniej pozytywny sposób zaskakuje za to silny, chwilami wręcz porywisty południowy wiatr .Poprzez połoninę Bukowego Berda urozmaiconą rosnącą miejscami jarzębiną i skałkami kolejno mijanych wierzchołków, dochodzimy do głównego szczytu. Najwyższe wzniesienie Bukowego Berda oferuje nam dodatkowe atrakcje w postaci podmuchów wiatru powodujących wrażenie pobytu w tunelu aerodynamicznym. Słowem doskonałe warunki do ćwiczeń typu-lot na skoczni narciarskiej. Jaskółki też znakomicie się udają. Na szczęście zachmurzenie jest umiarkowane i dodatkowe niespodzianki raczej nam nie grożą. Kiedy w/w zajęcia się trochę nudzą, poprzez płytkie siodło przełęczy, podchodzimy na grzbiet Krzemienia, by następnie w stromym zejściu dotrzeć do znanej nam z dnia poprzedniego Przełęczy Goprowców. Ponieważ w tym miejscu jakby mniej dmucha, urządzamy krótki popas .Mamy towarzystwo sympatycznej pary turystów z małym dzieckiem, wniesionym przez mamę w nosidełku- takim profesjonalnym nosidełku turystycznym z wiatrochronem etc (małżonek targał całkiem pokaźny plecak).Maluszek wydaje się być dobrze ubrany i zabezpieczony przed kaprysami aury-piknikują obok. Mimo pewnych ogarniających mnie wątpliwości, jestem pełen podziwu dla nich , że obowiązki i odpowiedzialności rodzicielskie, które dla wielu są przeszkodą w górskim wędrowaniu-nie ograniczają tej pary.
Znajome strome podejście na przełęcz Siodła pod Tarnicą znowu daje mi w kość –zaczynam kojarzyć to miejsce z własnymi słabościami. Jeszcze krótkie podejście tam i z powrotem-tym razem dla odmiany w prawo, na najwyższy wierzchołek masywu Szerokiego Wierchu i do domu. Niebiesko znakowana ścieżka sprowadza nas do Wołosatego.
Po krótkim odpoczynku w części hotelowej ośrodka naukowego Wołosatem, zgodnie z harmonogramem-obiadek w znajomym przybytku pod Tarnicą. Wieczór –ponownie na sali konferencyjnej-przedmiotem badań jest tym razem preparat zakupiony w „Ostatnim sklepie na szlaku” .Niejako przy okazji dokonujemy małej syntezy chemicznej związków przyniesionych z dołu-z przeznaczeniem na dzień następny. Wszystkie powyższe czynności-oczywiście z pełnym sukcesem.
Rozgwieżdżone wieczorne niebo nad Bieszczadami-zapowiada piękny poranek, niestety to złudzenie. W nocy dość gwałtowne załamanie pogody połączone z ulewnymi deszczami. Ranek wita nas nisko zawieszonymi chmurami, mgłami włóczącymi się pośród gór oraz deszczem padającym z różnym natężeniem. Niebo nad Wołosatem zdaje się wylewać żale, że już opuszczamy to miejsce. Bus uwozi nas w stronę Ustrzyk Górnych. Tam zastanawiamy się nad najbliższą przyszłością pośród kiepskiej pogody i równie kiepskich szans na kursowy autobus do Ustrzyk Dolnych. W pobliskim sklepie zauważam dzieło Andrzeja Potockiego-„Majster Bieda”- dokonuję zakupu, przeglądam-książka inspiruje.
W międzyczasie podjeżdża na przystanek bus prywatnego przewoźnika. Pytamy:
-Zabierze nas pan do Ustrzyk Dolnych.
-Nie. Jadę do Wetliny.
-Znakomicie. To nam odpowiada.
Bieszczadzkie poczucie swobody jest zaraźliwe. Autko uwozi nas poprzez przełęcze Wyżniańską i Wyżnią z krainy deszczu w stronę, gdzie jakby trochę mniej leje. W Wetlinie, krótkie poszukiwania noclegu, decydujemy się na domek campingowy w Ośrodku Wypoczynkowym PTTK. Dość obskurnie- z rozrzewnieniem wspominam poprzednią kwaterę...Zostawiwszy graty wbijamy się za żółtymi znakami w błocko szlaku na Przełęcz Orłowicza. Dość stromo ku górze, powyżej lasu bura zasłona mgieł, na przełęczy wiatr dobrze daje. Admin powiada-że na Aleutach-to normalne .Hmmm...może-ale to Bieszczady. Decydujemy się na pójście w stronę bliższego Smereka. Pośród wiatru i w mocno ograniczonej mgłą widoczności osiągamy wierzchołek z umiejscowionym nań krzyżem. Mam wrażenie , że w podmuchach ramiona krzyża się poruszają. Chwilami nawałnica wiatru rozsuwa nieco chmurę w której się znajdujemy i ukazują się nieco dalsze widoki. Sesja zdjęciowa i pomykamy w dół. Dość stromym zejściem na pomniejszy trawiasty garb, by po chwili zanurzyć się w buczyny, gdzie jest znacznie zaciszniej. Dodatkowym bonusem z tej sytuacji są spotykane zarośla owocujących jeżyn. Za czerwonymi znakami w zejściu poprzez ładny bukowy las osiągamy szosę przed miejscowością Smerek. Jeszcze podejście drogą do Wetliny i możemy pomyśleć o obiadku. W poszukiwaniu stosownego lokalu-nawiedzamy dość ciekawe miejsce z szyldem „Baza ludzi ...z mgły” .Ciekawy wystrój, z drzwiami dwuskrzydłowymi-niczym w saloonie na Wild Westernie. Prawdziwym ewenementem i wyróżnikiem lokalu jest to , że godzina piwa (między bodaj 13 a 14)-jest w cenie 3 zł. Niestety jesteśmy za późno...Miejsce jest bardzo klimatyczne, niestety nie oferuje zbyt wykwintnej kuchni zatem ruszamy dalej i znajdujemy.
Po powrocie do naszej drewnianej budki, Pedro udziela nam prelekcji z pobytu na dorszach w Chignik, tudzież zwiadu w Denali Park, rajzy samochodowej z Denver w Kolorado poprzez Utah, Nevadę, Arizonę. Barwną opowieść uzupełnia pokaz fotek z takich miejsc jak Monument Valley czy Grand Canyon. Piękne foty z braku laptopa oglądamy co prawda na wyświetlaczu Bartkowego aparatu fotograficznego-tym niemniej wrażenia są duże, wzmocnione oczywiście preparatem sporządzonym dzień wcześniej.
Środowy poranek wita nas smętną ,zimną i pochmurną pogodą. Dla Bartka to ostatni dzień biby-sprawy wzywają go do Krakowa. Sylwester z Małgosią również zdaje się mają ustalone plany na resztę urlopu. Autobus uwozi nas z Bieszczad. Mimo , że mijając Cisną, za szybą autobusu polewa zgodnie ze słowami piosenki Haliny Frąckowiak-„Deszcz w Cisnej”- wiem, że ma się na zmianę pogody na lepszą. W pewnym momencie rzucam hasło –„Rohacze”! Jest odzew ! Dzięki Wam Małgosia, Marycha, Sylwester za taką postawę wobec przygody. Ustalamy szybko szczegóły-wyjazd z gór w jednej chwili zamienia się na przejazd w następne. Pedro- opuszcza nas w Sanoku. My zaś kontynuujemy podróż do Rzeszowa. Tam koleją do Krakowa, by po godzinie 16 zjawić się w Zakopanem. Nastrój trochę studzą ocukrzone warstwą śniegu góry i jeszcze nie najlepsza pogoda, ale co tam! Niezbędne zakupy i czynności i udajemy się do schronu.
c.d.n