Część 2. APOKALIPSA.
15.03.2014
06:30, Chochołów
Plany na ten dzień nie były zbyt ambitne, a nawet bardzo łatwe do zrealizowania w normalnych warunkach. Mieliśmy przewędrować Dolinę Kościeliską, podejść na Przełęcz Iwaniacką i dalej kontynuować wyceczkę w kierunku Ornaku, na ile się da
Wiedzieliśmy doskonale, że nadchodzi załamanie pogody, a do 10-11 miało być dobrze, a potem miał się pojawić "niewielki deszcz ze śniegiem".
Podjeżdżamy busem do Kir i ruszamy przed siebie. Już na początku dosyć niepokojący szczegół, wieje bardzo mocno, widać jak uginają się drzewa. Nic to, widoczność, mimo że niebo całe zachmurzone jest bardzo dobra.
Po przejściu obok Polany Pisanej szlak staje się bardzo oblodzony, tu już trzeba uważać na każdy krok. Trochę zwalniamy i bez przygód docieramy do schroniska na Hali Ornak. Krótki odpoczynek, spojrzenie na ładnie się prezentującą Bystrą
i wkraczamy na żółty szlak. Początek jest nadzwyczaj przyjemny. Co prawda ścieżka prowadzi mocno pod górę, ale nawierzchnia jest jak najbardziej letnia, ani śladu śniegu czy lodu. Wszędzie powalone drzewa
...Ale jak wiadomo im dalej w las tym więcej...lodu. Co raz częściej trafiają się odcinki, gdzie trzeba się porządnie zastanowić zanim się zrobi kolejny krok. Po pokonaniu pewnego nieprzyjemnego zakrętu, gdzie cała ścieżka jest oblodzona robimy przerwę. Ufff nie było łatwo, obeszliśmy szerokim łukiem, przedzierając się przez drzewa na stromym zboczu. Zaczyna padać, najpierw leciutko, ale z każdą chwilą coraz bardziej. Każdy krok jest teraz wyzwaniem. Paweł mówi, że czuje się jak na Orlej Perci, każdy krok grozi upadkiem, a drzewa obok szlaku są naszymi łańcuchami. Zbliżamy się do przełęczy, po śniegu się idzie łatwiej, nie ślizgamy się aż tak jak wcześniej. Jeszcze ostatni zakręt i będzie przełęcz. Wychodzimy, a tam....
APOKALIPSA!
Wiatr dosłownie powala nas z nóg, rozpętuje się piekło, sypie tak mocno, że ledwo możemy zobaczyć siebie nawzajem, rzecz jasna żadnego Kominiarskiego Wierchu nie widać, jedynie śnieg, szarość i znak: Iwaniacka Przełęcz 1459 m n.p.m.
Drzewa dookoła nas chwieją się i trzeszczą złowrogo, tak jakby doradzając nam, by nie zostawać w tym miejscu dłużej. Paweł próbuję przekrzyczeć wyjący wiatr: "róbmy zdjęcia i spadajmy stąd czym prędzej!". Zaczynamy schodzić... teraz kamienie wystające z lodu już nie są naszymi sprzymierzeńcami... O czym przekonuje się bardzo szybko... leże... wstaje... trochę boli ręka, ale nic to, schodzimy dalej. Stawiam nogę na kłodzie, poślizg... leże twarzą w głębokim śniegu... jak dobrze, że ten śnieg jest taki miękki. Jak w zwolnionym tempie trwa nasze schodzenie, powolutku, bez pośpiechu, z respektem do otoczenia. Dorota poślizguje się na lodzie przy zbliżaniu do tamtego feralnego zakrętu, zjeżdża i jakimś cudem zatrzymuje się tuż na skraju zbocza...nad przepaścią, niewiele brakowało. Na szlak przez nami z hukiem spada drzewo... chwila zadumy, mogliśmy tam być, jakie szczęście. Stoimy jak zamurowani... Schodzimy, schodzimy i schodzimy, sypie z niesamowitą intensywnością, niedaleko schroniska śnieg zamienia się w zacinający deszcz. Powrót przez Dolinę Kościeliską był delikatnie mówiąc bardzo nieprzyjemny. Kilka wywrotek na lodzie, buty zapadające się w błoto i całe przemoczone, z kurtki strumieniami leje się woda, huraganowe podmuchy wiatru i deszcz polewający twarz. Idę jak na autopilocie, nieświadomie rejestrując kolejne charakterystyczne punkty: Polana Pisana, zakręt do Jaskini Mroźnej, zakręt na Czerwone Wierchy, koniec, koniec, koniec! Kiry!
W busie wzbudzamy litość i współczucie współpasażerów. Jeden sobie żartuje: czemu tak wyglądacie? Wpadliście do rzeki? Chyba straciliśmy poczucie humoru
Kierowca niezbyt zadowolony, że trochę pobrudziliśmy siedzenia 
W domu gorąca herbatka, ciepłe ubrania i rozmowa... 
PS: żeby nie było, że relacja taka mroczna, na przełęczy był bałwan,
ciekawie kto go tam stworzył i w jakim celu, ale jego widok dodał nam otuchy