Po następnym roku 29.8.2013
Znowu korzystamy z darmowej kolejki na Dachstein i także jest to ostatnia możliwość na rychło odwiedzić naszego Wielkiego D. Tym razem jest nas trzech. Do mnie i Tomtura dołącza Doctore, który też chce sobie pobarażkować na ciemieniu najwyższego. Jednak wyjazd na górną stację kolejki linowej nie napaja nas optymizmem. U góry rozlali mleko. Mamy też w planie popatrzeć jak wygląda nowy atrakcja ? most nad przpaścią i zwłaszcza sporo reklamowane schody do nicości. Po wyjściu z budynku kolejki wnet się nam pokazuje.
Jak już Doctore pisał, jest to raczej most do nicości. Na razie rezygnujemy z imprezy chodzenia po moście i na instynkt próbujemy dotrzeć do schroniska Seethalerhütte, które jest pod wierzchołkiem Wielkiego D. Żywimy w sobie nadzieję, że może pogoda się jakoś wyklaruje.
Tutaj to wygląda jako przejście zimowymi Tatrami niż to, że mamy sierpień na Dachsteinie. Na szczęście ratrak zrobił przejazd i okraj jest osadzony tykami. Trzeba się twardo trzymać wyznaczonej ścieżki, ponieważ w takiej mgle można wpaść do szczeliny. Jesteśmy przecież na lodowcu. W mleku plątamy się około godziny.
W takiej pogodzie nie ma co włazić na szczyt. Wtaczamy się do schroniska i oczekujemy cudu.
Dajemu mu około jednej godziny. Ten jednak nie nadchodzi. Wielki D. raczej nam daje do zrozumienia, że nie jesteśmy dzisiaj u niego pożądani. Ja ze smutkiem, pozostali ze zgryzotą opuszczamy schron. W pewnym momencie nawet jesteśmy zaskoczeni. Myśleliśmy, że w tej mgle przeszliśmy z Alp do Himalajów.
Napotkaliśmy prawdziwego Szerpę. Muszę przyznać, że są to ludzie na swoim miejscu. Jeszcze jak byliśmy w schronisku, to widzieliśmy, jak porwał sobie nic, tobie nic dużą butlę z gazem i zaniósł ją tam gdzie trzeba. Moje uznanie. Decydujemy, że trzeba wracać. Nic tu po nas.
Teraz trochę przeskoczymy do przodu w czasie i ockniemy się z powrotem przy mostku. W międzyczasie przeszliśmy Klettersteig Gjaidsten, ale o tym opiszę w innej relacji. Przed mostem ze schodami do nicości zaczyna się przejaśniać.
Teraz już most i przestrzeń pod nim lepiej widać. Po przejściu pierwszego odcinka, nareszcie widzimy te długo oczekiwane schody. Jest tu trochę tłoczno. Każdy chce sobie pospacerować w powietrzu. Przechodzimy dalej, żeby zrobić jakieś ujęcia z innej strony.
Górna stacja kolejki linowej pokazuje się nam z pełną paradą. W jednym miejscu jest nawet sympatycznie. Można się oprzeć o szkło i wierzyć, że ono nie pęknie i człowiek nie poszybuje w dół.
Nareszcie na schodach robi się pusto i nadchodzi nasza chwila posmakować wolnego chodzenia w przestrzeni.
Tomtur fajnie wygląda ponad tymi chmurami. Jednak muszę przyznać, że byłem trochę zawiedzony tymi schodami. Myślałem, że będzie więcej przewietrznie. Jednak spodek schodów był z mlecznego szkła i nie było widać tej przepaści pod nami i trochę za dużo było tego żelaztwa. No, chyba tak musi być. Jeszcze nim dotarliśmy do stacji kolejki, natrafiliśmy na szczątki jakieś turystki.
Chyba nie wywiązała się ze swojego zadania i partner ją za to raczej przysypał kamieniami jako zposób na pozbycie się zbędnego balastu. Ten stanik w dłoni nam coś może podpowiada. Tylko nie wiem jakie zadanie pełnią te dwie ciemne kreatury w tyle. Myśleliśmy, że to już koniec naszych przygód, za chwilę zjedziemy kolejką i pożegnamy tutejsze kopczyki. Jednak czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Kolejka na Dachstein ma nowe kabinki. Projektanci na jednej z nich pomyśleli o turystach i wymyśleli dla nich atrakcję. Można jechać na niej stojąc na zewnątrz na dachu w specjalnym koszu.
Rzecz jasna to byśmy nie byli my, żeby nie skorzystać z takiej oferty. Widać, że Doctorowi się podobało.
Tym ostatni zdjęciem z dachu kabinki kończę swoją relację. Trzeba tu jeszcze powrócić. Wielki D. nie był znów dla nas łaskawy i my nie tak szybko zrezygnujemy z odwiedzin.