Wszystko zaczęło się całkiem gdzie indziej niż tam gdzie się skończyło. Po otworzeniu oczu dwóch staram się czym prędzej przebić wzrokiem szarość za oknem. No i uchem też. Pada czy nie pada? Wstaję, podchodzę do okna. Tak jakby coś siąpiło z nieba - ulewy jednak nie ma. Koniec spania.
Otwieram balkon. Otwieram i oczom nie wierzę. Byłem bowiem przekonany, że otwieram swoją lodówkę. Inwektywy cisną mi się na usta. Cisną, ale jak czas pokazał się nie przecisnęły. Zerkam jeszcze raz w miejsce gdzie wieczorem położyłem dwie gotowe bułki na śniadanie. W dodatku jedyne dwie jakie jeszcze miałem. Ciekawe czy ktoś z naszego pokoju (w 8-osobowym spaliśmy) czy z sąsiedniego (wspólny taras) miał gotową wyżerkę. Mam głęboką nadzieję, że jeśli się ktoś nimi nie udławił to choć zakrztusił... Smacznego.
Opuszczamy Popradzki Staw. Jednak zamiast w górę kierujemy się w dół. Dziś będziemy zdobywać wąwozy w Słowackim Raju. Ponoć ładnie tam. Najwyższa pora sprawdzić to osobiście. Zresztą prognozy pogody na dziś dla tamtego rejonu są lepsze niż dla Tatr.
Samochodem przejeżdżamy pod wylot Wąwozu Sucha Bela (tak Stasiu - odszukałem sprzed paru lat codzienne rozmówki, gdzie proponowałeś mi różne trasy w tym rejonie
)
Ludzi nie ma zbyt wiele. Jakaś kilkuosobowa grupka przed nami i właściwie tyle. Na początku drewniane mostki, czy też właściwie leżące drabinki, ale taka trochę sztuka dla sztuki. Choć pewnie przy większej wodzie są bardziej niezbędne.
Z czasem jednak wąwóz staje troszkę bardziej dęba, pojawiają się progi którym oczywiście towarzyszą wodospady. Choć o tej porze roku nie grzeszą one zbyt dużą ilością wody.
Robi się naprawdę sympatycznie. W szczególności Okienkowy Wodospad jakoś mi w pamięć zapada 
- jeszcze jeden napotkany turysta
Po pokonaniu skalistej części wąwozu robi się już bardziej płasko, teren się rozszerza, aby niebawem wprowadzić nas na pobliski grzbiet. Skręcamy w lewo i jeszcze raz w lewo. Tutaj choć może bardziej monotonnie krajobrazowo, to jednak w pięknych kolorach jesieni. Kierujemy się w stronę Klastoriska szlakami żółtym i czerwonym. Patrzę na zegarek, patrzę na mapę. Oho, fajnie wygląda taka żółta pętla obok. Skręcamy niemal zawracając. Obrovsky Wodospad staje się chwilowo naszym celem.
Generalnie wszystko gra, ale niestety grzbiety mają to do siebie że są wysoko, a wodospady w kanionach to że są nisko. Sęk w tym, że w ciągu 15 minut z grzbietu zeszliśmy właśnie w taki kanion. A kolejny sęk to taki, że w ciągu kolejnych 15 minut staraliśmy się z takiego kanionu znowu wyleźć na ten grzbiet. Nawet się udało. Tylko że w pierwszej minucie po wyjściu to ja mogłem wypowiedzieć jedno słowo na około trzy pełne wdechy. Niemniej było warto 
Po dotarciu wreszcie do Klastoriska parę fotek na Polanie o zdaje się całkiem bogatej historii... Choć więcej o tym miejscu poczytałem dopiero w Wikipedii po powrocie do domu.
Upamiętnienie tej historii oprócz na karcie pamięci ma także miejsce w pobliskim schronisku. Upamiętnienie ma kolor jakby złotawy.
Kolor złotawy upamiętnienia przechodzi niebawem w nieco bardziej żółty, znakowany i nawet dość stromy. Pojawiają się o dziwo znów łańcuchy, które na mocno wyślizganej miejscami skale czy kamieniach oraz dużym nastromieniu są w moim odczuciu całkiem pomocne.
I tak to sobie schodząc dochodzimy aż do Przełomu Hornadu. Tutaj stromizna zostaje za nami, ale żelastwo w postaci ułatwień raz na jakiś czas nam jeszcze towarzyszy.
Muszę powiedzieć, że dla mnie było to nowe całkiem przyjemne przeżycie, fajna i na większości odcinków urozmaicona wędrówka. Gorąco polecam.