Stasiu
    
Postów: 17,594
Grupa: Zarejestrowani
Dołączył: Mar 2008
Status:
Offline
|
RE: Tam, gdzie misie dają dobranoc - Mała Fatra od Krywania po Klak, majowa biba 2012
19.5.10.2012, dzień drugi
Dzisiejszy dzień to inna kawa. Nareszczie coś ekscytującego. Będę dreptał, gdzie i moja noga jeszcze nie była. Co za uczucie, kiedy człowiek nie wie co go czeka. Poranne wstawanie i śniadanko jest spożywane w dobrym nastroju. Pogoda znów zaprasza do górskich wędrówek. Jedyny problem to, że trzeba 700 m w dół i potem 1100 m pod górkę. My jesteśmy twardziele i nawet takie przeszkody nam nie zepsują radości z kopczykowania. Wręcz na odwrót, z wdzięcznością podnosimy rzuconą rękawicę. Od Chaty pod Suchym patrzymy na przeciwległe kopczyki.
- z lewej Martinki, w środku Minczol, w prawo Polom i gdzieś w dole Streczno
- Martinki i Minczol
W dali na Martinkach widoczne nartostrady. W miejscu, gdzie się kończą jest Chata na Martinkach. Z powodu tego, że nikt nie wybudował mostu linowego, trzeba nam najpierw zejść do Streczna. Jeszcze ostatnie spojrzenie na nasz przybytek
i możemy się puścić w dół. Na zejście wybieramy czerwony szlak, jest ładniejszy. Można po drodze podziwiać meandry Wagu i odwidzić Starhrad. Niebieski szlak prowadzi zboczem Pleszela i nic ciekawego nam nie oferuje.
- meandry Wagu i przeciwległe Rakytie (741,1 m)
Rakytie się wydaje taki nieznaczący kopczyk. Jednak później poznałem, że nie jest aż taki niewinny. Odwiedziny Starhradu to podstawa. Fajne widoki do doliny Wagu. Szkoda tylko, że wandale nie poszanowały tego dzieła i przed paru wiekami go wyplenili, zostawiając dla nas tylko ruiny.
Wandali w tym kraju było chyba sporo, ponieważ po następnej 1 godzinie dreptania pojawia się następna ruina zamku - Streczno. Na szczęście ten nie jest dzisiaj w planie zdobywania. Jego zostawiamy sobie na kiedy indziej. My zdobywać będziemy inne (kopczykowe) fortece.
Kiedy widzimy zamek jest jasne, że już jesteśmy w Strecznie. Jedna z legend o Janosiku mówi, że w jednej z gospód w Strecznie był pojmany z powodu zdrady jednego współtowarzysza. Janosik dzielnie walczył i trzymał się na nogach. Dopiero, jak mu pod nogi nasypali groch, to się pośliznął i wtedy go dopadli. My mamy nadzieję, że sypanie grochu w tutejszych gospodach nie przetrwało do teraźniejszości i nam raczej naleją piwo. Mnie, kiedy przybliżyliśmy się do mostu przez Wag, przypomniał się następny film: ?O jeden most za daleko? i akcja zajęcia mostu w Nijmegen
Mieliśmy szczęście. My most zforsowaliśmy bez obstrzału nieprzyjacielem.
Jeszcze przed ponownym wyruszeniem na bezludzie trzeba było spełnić dwa zadania. Dopełnić wory prowiantem a siebie nawodnić. Jeżeli się nawodnić, to najlepiej w knajpie ?U Wodnika? (informacja dla Mirka - zaraz przy moście).
Była to też okazja do snucia dalszych planów i obmyślania strategii jak najlepszego wyjścia na Martinki. Wtedy padło pamiętne zdanie Tomtura, które jest godne do zapamiętania: ?Takie kopczyki nie pokonuje się na trzeźwo?. Jeszcze dobrze, że nikt z obecnych nie miał odwagi dostosować się do Tomturowego zalecenia. Dalszą diabelską pokusą było wysłanie kierowcy po autko i wywieźć tyłki z całym dobytkiem wprost na Chatę na Martinkach. Na (nie)szczęście kierowca - Mieciur - nie był już czysty. Dlatego nie pozostało nam nic innego, jak zdać się na własne nogi. To, że mieliśmy być zaraz na początku poddani próbie wytrymałości serca i objętości płuc, dowiedzieliśmy się niebawem. Jeszcze pod zamkiem droga asfaltowa była miodzio. Jednak, kiedy szlak zbaczał w las, postawił się przed nami pion. Inni to chyba tak nie odczuwali, ale ja tych pierwszych 250 m wysokościowych nie mogłem wydychać. Istna ściana płaczu. Podejście na siodło Rakytie (708,6 m) będę jeszcze długo pamiętał. Podejrzewam, że ten kryzys to była taka mała zemsta Tomtura, ponieważ nie dostosowałem się do jego rady w jakim stanie się ma te kopczyki przedreptywać. Na scczęście wszystko się raz kończy i siodło Rakytie nas wita odnowioną wiatą.
- na prawo Polom z pomnikiem i siodło Jaworina (967,6 m), nasz następny cel podczas wędrówki na Martinki
Odpowiednie miejsce do nawrócenia ciała do stanu bytelności. Następna próba - dojście do siodła Jaworina - odbyła się ku mojemu zadowoleniu już bez kryzysu tlenowego. Z siodła zbaczamy do pomnika (10 min), który jest postawiony na pamiątkę żołnierzy Słowackiego Powstania Narodowego broniących Przesmyku Streczno i okolicznye kopczyki przed wojskami niemieckimi, atakującymi od strony Żyliny i chcących się przedrzeć do Martina.
Chwila wytchnienia i już zabieramy się do ponownego wyruszenia na szlak. Tym razem do szybkiego poderwania się na nogi nas zachęcił widok na już znaczący cel - góra Minczol (1363,9 m). Znaczący, bo to jest pierwsza ?hola? i pierwszy kopczyk należący do grupy Martinek od strony Streczna. No i wysokość jest już spora. Ciekawe, że podczas podchodzenia tutaj kryzys nie miałem, ale i tak Gosia pokazała nam plecy drałując pod górkę jak maszyna parowa i to na przekór wyruszyłem od pomnika z wyprzedzeniem. Największe podejście trwa 1300 gosinych kroków (przeliczała).
Z radością patrzyłem, że już nie jesteśmy tam gdzieś w dole i czekają nas tylko lepsze, kopczykowe chwile. Po dojściu na Uplaz (jedna z odnóg Minczola) nareszcie się nam otwiera górski, długo oczekiwany, pejzaż.
Minczol widać na parę wydechów a przekaźniki na Kryżawie (1456,7 m) i W. Luce (1475,5 m) też się już na nasze odwiedziny gotują. Tylko ten Klak... jakoś wciąż za daleko. W siodle Okopy zahaczamy znowu o kawałek historii.
Tylko ten zapomniany artylerzysta mi nie pasuje do tej okolicy. No i nareszczie samotny Minczol. Wnet uwalnia się w nas komleks japońskiego turysty. Zbiorowe pstrykanie. Ja też biorę w tym udział.
- wsteczny widok na Uplaz i w dali na kopczyki Krywańskiej MF
Małe zadanie dla wszystkich. Czy ktoś zauważy gdzie jest Chata pod Suchym? Kto nie widzi, wrzucam następujące foto w większym przybliżeniu.
Co za radość patrzeć na miejsce, gdzie się jeszcze rano było i po pionie w dół i do góry ocknąć się na drugiej stronie. Kto by pomyślał, że już ma wszystko za sobą, to się grubo myli. Trzeba jeszcze sporo dreptać, żeby dojść na Kryżawę. Te przekaźniki nie i nie się przybliżyć.
Nie na darmo się temu miejscu mówi Długa Luka (Łąka). Każdy kopczykowiec wie jak długo się ciągnie wtedy czas, kiedy się po całym dniu dochodzi do celu. I to może być całkiem płaski szlak. Jeszcze przed odwiedzeniem Kryżawy
czekał nas ciekawy moment. Po przedrzeniu się pasmem kosówki, do ścieżki się nam postawił mur. Chwilę się zastanaiwliśmy co tu robi i w którą stronę pójść dalej. Obraliśmy kierunek w prawo. Był to dopbry wybór. Niebawem wyszliśmy z kosówki na wolną przestrzeń Kryżawy (dobrze widoczne na filmiku w relaci ?Wideoteka zakręconego górołaza?). Okazało się, że mur ochraniał cały kompleks budynków przekaźnika. Kosówką dochodzi się jakby z tyłu i chyba nie chciano, żeby jakie górole plątały się po kompleksie. Na Kryżawie zbytnio się nie zatrzymujemy, tylko takie to grzecznościowe pozdrowienie, parę foteczek i spadamy niżej do Chaty na Martinkach. W. Luka musi poczekać do następnego dnia.
Chatę osiągamy o 18:15 po 9,5 godzinach marszuty (z odpoczynkami). Następuje schroniskowa klasyka kwaterowo-gastronomiczna (był gulaszek kociołkowy). Na więcej, niż dnia poprzedniego, jest aplikowana komfortowa higiena ciała. Pod Suchym jest się z nią ilekroć na bakier. Wieczorny program, jak to wieczorny program. Tylko nie wiem dokąd się tym razem wybierał Tomtur.
Może chciał straszyć zakwaterowanych gości?
Dobranoc.
Cdn. Następny dzień - Antytomturowym szlakiem i Rajeckoleśną Doliną po raz pierwszy
Góry się nie zdobywa, góry nas wpuszczają.
|
|