Bogusia, właśnie popełniłaś pierwszą relację, prawda?
Jak na początek to bardzo fajnie Czytając to co pisałaś o zejściach i zaraz podejściach, to wiesz, ja też wpadłam na pomysł ze dlaczego nie pomost pomiędzy? albo tyrolka...
Podoba mi sie to ze napisałaś o swoich obawach w konkretnym miejscu podczas podejścia na MPpCh. A jak Ci się schodziło z bolącym kolanem? Jak wspominasz ostatni trawers wyprowadzający na przełęcz?
"[Tatry]...Przeto stałyście się marzeniem, tęsknotą ludzi spragnionych modlitwy bezsłownej i słońca"
Bogusiu-rewelacja!!! Bardzo przyjemnie mi się czytało, a fotki-bomba, piękne ujęcia..Świetnie wyglądacie Napisz coś jeszcze, nie daj się prosić!!!
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował, tego czego nie zrobiłeś niż tego co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślny wiatr.
Podróżuj. Śnij. Odkrywaj. "
hahaha to było tak dawno temu, że nikt nie pamięta
dziękuję ślicznie za Wasze miłe słowa
nie lubię dawać się prosić, od razu mam ochotę się zgodzić
W dwa ostatnie dni miałam już mniej siły i kolano mi dokuczało, nie udało mi się więc wejść i zobaczyć wszystkiego co Pablo, no i Doktor z Gandzią zostali jeszcze jeden dzionek...
Jak wrócę z weekendu pomyślę o ciągu dalszym, choć dużo tego nie będzie. Cieszę się że tak Wam się spodobało. Fajne to
A z Chłopka KasiU schodziło mi się powolutku, czasem bardzo. I tylko gdy robiło się bardziej płasko, czy trochę pod górę, nie bolało tak bardzo - wiedziałam, że ból kolana jest okropny, ale żeby aż tak! Nie życzę nikomu
nie migaj się, czyta się Ciebie świetnie Zdjęcia mnie zachwyciły. Te co były wspólne z moją trasą uzupełniły obraz , który dla mnie był niedostępny z powodu chmur
I feel every mountain
I hear every tree
I know every ocean
I taste every sea (...)
Bardzo ładnie opisałaś Waszą kolejną górską przygodę Tak po prostu z sercem to zrobiłaś. Bardzo miło mi się czytało i razem z Wami wirtualnie wędrowało
Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem to najwyżej położona przełęcz w polskich Tatrach. Myślę tu oczywiście o tych dostępnych znakowanymi szlakami. Można ją wypatrzeć niemal 1000 metrów ponad taflą Morskiego Oka. Wydaje się stamtąd trudno dostępna i dla wielu taką jest. Pisząc to po wyprawie mogę powiedzieć, że spodziewaliśmy się większych trudności. Dodając jednak w myślach mokrą czy też zalodzoną skałę faktycznie jestem w stanie uwierzyć, że to trudne miejsce do zdobycia w trudniejszych warunkach. Nam się udało... ale o tym to niżej. I żeby nie zdradzać już na wstępie wszystkiego, to udało się nam ale nie tak całkiem ze wszystkim.
O podróży pisać zbyt wiele nie ma sensu. Wyjechaliśmy z Krakowa, dojechaliśmy do Zakopanego, później bus i wreszcie znajomy parking w Palenicy. Pomimo wczesnej godziny przy wejściu na szlak stoją już bileterzy, a więc trzeba zapłacić. Pusto nie jest, ale jak na drogę do MOka to jednak jest pusto. Pierwsze zakręty, w prawo, później w lewo, odsłania się widok w stronę najwyższego tatrzańskiego szczytu Gierlacha, później do góry, mija się kolejne charakterystyczne punkty, jeszcze później dołączają czerwone znaki z prawej strony, chatka TPN i jesteśmy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Wzbudzają one pewne zainteresowanie wśród osób prawdopodobnie będących tutaj po raz pierwszy. Dziś jednak przepływa nimi stosunkowo niewielka ilość wody tak więc idziemy dalej...
Aha, towarzyszy mi Dziencioł o którym jeszcze nie wspomniałem w tej relacji do tej pory. On tak jak ja zmierza pierwszy raz na tę "naszą" dzisiejszą przełęcz, więc szybkim krokiem mocno zainteresowani co tam nas dalej czeka spieszymy, aby wykorzystać póki co sprzyjającą pogodę.
Na Włosienicy widzimy już Mięgusze, widzimy też chmury. Te szybko się przesuwają, można powiedzieć miejscami nawet kotłują, na szczęście są dość wysoko. Ale czy zdążymy zanim zakryją okolicę?
Morskie Oko. Ludzi mało, aż miło popatrzeć. Zamawiamy w bufecie parówki - jedna wychodzi po ponad 4 zł, no ale cóż zrobić. Tak to już jest nad Morskim...
Obchodzimy staw, później progiem do góry nad Czarny - pierwsze 200 metrów ostrzejszego podejścia za nami. Dalej już za zielonymi znakami zmierzamy w stronę dość słynnego Bańdziocha. Słońce towarzyszy nam z góry, ale wspomniane wcześniej chmury coraz dobitniej zaznaczają swoją obecność. Mijamy w międzyczasie po lewej strome skalne ściany Kazalnicy. Jesteśmy niemal sami. Niemal, bo gdzieś tam dalej w górze widzimy dwójkę turystów, ale daleko, co najmniej 10-15 minut drogi przed nami.
Wreszcie zaczyna się kontakt ze skałą, pierwsze niewielkie trudności. Skalista rynna niosąca swoim dnem niewielkie ilości wody staje się naszym szlakiem, ale po krótkim odcinku pokonujemy niezbyt wysoki próg i wydostajemy się znowu na łatwiejszą ścieżkę.
Ta prowadzi nas pośród widoków z malejącymi ciągle stawami Czarnym i Morskim Okiem. Niebawem znowu skała tutaj jakby trudniejsza, prowadząca nas już na grzbiet Kazalnicy. Ułatwieniami są klamry, za to brak jest łańcuchów - przy obecnych warunkach, tj. suchej skale zgodnie z Dzienciołem uważamy, że trudności wbrew zasłyszanym wielu opiniom nie są zbyt duże, a już na pewno mniejsze niż oczekiwaliśmy.
W momencie kiedy wychodzimy na grzbiet Kazalnicy troszkę poniżej wierzchołka, chmury nasuwają się na okolicę i widoki niestety stają się historią. Czekamy dłuższą chwilę, licząc na jakiś przebłysk czy też prześwit, i owszem chwilami gdzieś tam odsłaniają się wody stawów poniżej ale są to chwile krótkie a widoki mocno "niepełne". Po dłuższym postoju ruszamy trochę eksponowanym grzbietem w stronę ściany Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego, aby następnie wąską ścieżką trawersując strome zbocza wspomnianego szczytu, pokonując kilka eksponowanych półek (lecz przy suchym szlaku całkowicie bezpiecznych) wydostać się na siodło Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem.
Widoki mamy dość ograniczone, na stronę polską nawet nie ma co patrzeć - po prostu mleko, po stronie słowackiej widoczne są Hińczowe Stawy, chwilami odsłania się wierzchołek Koprowego, widać też trochę grani Mięguszy.
Po pewnej chwili siedzący już dłużej w tym miejscu turysta zaskakuje nas pytaniem... czy daleko stąd jeszcze do Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem, a uświadomiony że od 10 minut siedzi sobie wygodnie właśnie na niej milknie, choć nie wiem czy z zadowolenia czy z rozczarowania...
No właśnie wracać niby trzeba, ale my z Dzienciołem wdrażamy w życie nasz dodatkowy plan i chwilę później siedzimy sobie na MSC (2410 m), nad potężną bo około 800-metrową przepaścią. Widoki w dalszym ciągu są dość skąpe, widać głównie w dalszym ciągu Hińczowe Stawy oraz Pośredni Szczyt Mięguszowiecki, jest chwila jednak kiedy odsłania się też tan najwyższy czyli Wielki. W chwilach prześwitu ukazuje się nam też grań zakończona wierzchołkiem Rysów, ogólnie pełni jesteśmy wyczekiwania i nadziei na poprawę widoków, ale te uparcie się nie poprawiają.
W międzyczasie dochodzi do nas jedna turystka (pozdrowienia ), lecz chwilę później opuszczamy to miejsce, ponaglani upływającym czasem.
Z przełęczy obniżamy się we wszechotaczającą biel. Teraz widać jeszcze mniej niż poprzednio, a tak właściwie to nie widać prawie nic... Zatrzymujemy się ponownie na Kazalnicy, łudząc się że może jednak coś się odsłoni... i się odsłania robią się prześwity w chmurach, część z nich jest powyżej nas, część poniżej. Robi się niesamowity spektakl widokowy i choć większość okolicy dalej pozostaje przykryta to jednak to co widać robi wrażenie - zobaczycie sami na zdjęciach
Po zrobieniu pewnie kilkudziesięciu zdjęć opuszczamy wierzchołek, zagłębiamy się znowu między skały i tak systematycznie tracimy wysokość aż wychodzimy na brzeg Czarnego Stawu pod Rysami. Tutaj oczywiście jest sporo ludzi, jak dla nas to już praktycznie nic nie znaczący etap wycieczki - dla większości tutaj przebywających to jednak ich cel. Schodzimy więc jeszcze niżej, mijamy Morskie Oko, niedługo później jesteśmy już na słynnym asfalcie... Tu też zaczyna padać i tak jest przez niecałą najbliższą godzinę.
Jeszcze Wodogrzmoty, a stamtąd to już tylko około 25 minut do busa. Tym wracamy do Zakopanego a w barze FISu przy obiedzie zimne piwko z toastem za co by nie było udaną wyprawę, może z ograniczonymi widokami, ale przecież nie tylko rozległe widoki są w górach tym niezwykłym co nas tam przyciąga. Jesteśmy zadowoleni z dnia dzisiejszego. Chwilę później jest jeszcze jeden toast ale ten już za następną wyprawę