Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat
Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Wersja do druku

+- Górskie Forum Dyskusyjne - Górski Świat (http://www.gorskiswiat.pl/forum)
+-- Forum: Wyprawy, relacje, opisy (/forumdisplay.php?fid=18)
+--- Forum: Beskidy, Bieszczady, Góry Świętokrzyskie (/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Temat: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. (/showthread.php?tid=1578)


Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 18-11-2008 08:24 PM

Listopadowe dni, choć krótkie, wciąż miały być zaskakująco ciepłe i słoneczne. Jak więc inaczej wykorzystać ostatni długi weekend tego roku, jeśli nie na pożegnanie schodzącej z gór jesieni. Miejsce wydarzeń - Beskid Żywiecki z Pilskiem i Babią Górą na czele oraz doborowe towarzystwo dziarskich forumowiczówok zapowiadały ciekawą wyprawę. Zaczynamy oddzielnie - oni z Korbielowa, ja z Milówki. Miejscem spotkania i noclegu - schronisko na Hali Lipowskiej.

Na zielony szlak prowadzący ku Hali Boraczej wchodzę dość późno, bo po jedenastejShy. Krótki spacer dnem doliny poprzedza kilkudziesięciominutową wspinaczkę na grzbiet. Im bliżej schroniska tym więcej ludzi. Po hali, niczym pies spuszczony z łańcucha, goni porywisty, momentami zimny wiatr. Na drewnianych ławach jeszcze sporo miejsca, bo większość turystów grzeje się z kuchennej izbie. Za tłoczno tam jednak i kawę wypijam na zewnątrz, oglądając przy okazji okoliczne widoki. Na zachodzie rozpoznaję Baranią Górę, potem Klimczok i wzniesienia nad Jeziorem Żywieckim. Na wprost mnie do słońca usadowiła się Romanka, a nieco bliżej - w chmurnej czapie - garby Rysianki i Lipowskiej. Mija południe, kolejne grupy turystów dochodzą do schroniska, inni zbierają się w dalszą drogę. Wyruszam i ja, by do celu dotrzeć jeszcze przed szarówką. Nie znam tych gór, wolę więc mieć jakiś zapas czasu na wszelki wypadek. Szeroka droga wprowadza mnie wyżej, na rozwidlenie szlaków w kolorach zielonym, niebieskim i czarnym. Na krótkim odcinku przewija się kilkanaście osób. Sporo ludzi wybrało ten sam sposób spędzenia weekendu. To coś nowego dla mnie, przyzwyczajonego do względnych pustek w rodzimym Beskidzie Sądeckim. unsure

Na rozstaju stwierdzam brak oznaczenia czarnych znaków. Powinny one prowadzić na stojącą na przeciw górkę, lecz po tabliczce nie ma śladu. Do tego pocięty wąskimi dróżkami i usłany korzeniami ściętych drzew stok wygląda jak bo wybuchu bomby atomowej. kwasny Z kilku opcji wybieram jednak najszerszą, błotnistą drogę i brnę nią do góry. Dopiero na szczycie, przy granicy lasu, dostrzegam samotny, czarny znak. Teraz już prawidłowym szlakiem ruszam na Redykalny Wierch. Po drodze spotykam kilka osób i rowerzystę, przed którym muszę odskoczyć w bok by uniknąć zderzenia. blink

Na Redykalnym odpoczywa kilkunastu turystów, w tym jeden z napędem na cztery łapy. To już piaty lub szósty psiak spotkany dziś na szlaku, z czego większość stanowią husky. Chyba rodzi się nam jakaś nowa świecka tradycja. W myślach coraz bardziej napalam się na zdobycie takiego samego towarzysza wypraw. Może kiedyś się uda?

Ruszam na żółty szlak, który zaniesie mnie na Lipowską. Jest dwadzieścia po pierwszej, według mapy zostało jeszcze około godziny drogi więc spokojnie dotrę tam za dnia. Na tym odcinku ruch jeszcze większy, z przeciwnego kierunku ciągną korowody powracających z wycieczek piechurów. Kolejne hale, z których momentami widać gniazdo Wielkiej Raczy i kawałek Słowacji, pozostają w tyle. W końcu tuż po drugiej docieram do schroniska, gdzie mam nadzieję spotkać towarzyszy wyprawy. Nie widzę ich jednak ani przy budynku, ani w jadalni, gdzie tłum ludzi nie pozwala wcisnąć przysłowiowej igły. Postanawiam więc wyjść im na przeciw i zanurzam się w las prowadzący na Rysiankę. Kilkanaście minut później docieram na halę, zwieńczoną na szczycie drewnianym budynkiem schroniska. Już z daleka dostrzegam oboje wędrowców i cichaczem siadam na ławce, by sprawić im niespodziankę. giggle
W końcu powitanie, krótka sesja fotograficzna masywu Pilska i już w trójkę wracamy na Lipowską. Powietrze zaczyna robić się coraz bardziej rześkie, a przecież w plecaku nie na darmo niesiona rozgrzewająca ciecz z wyciągu wiśni. innocent


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 18-11-2008 08:28 PM

To pierwsza część relacji z trzydniowego wypadu w BŻ.
Kolejne powstaną piórem gosia3ka i mieciura, mam nadzieję, że niebawem... Wink


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 18-11-2008 08:40 PM

I jeszcze uzupełnienie fotograficzne:

[attachment=17102][attachment=17103][attachment=17104]
[attachment=17105][attachment=17106][attachment=17107]
[attachment=17108][attachment=17109]


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Stasiu - 18-11-2008 09:09 PM

Mallaidh dzięki za opowiadanie i foteczki. Miło jest wspominać na miejsca, które odwiedziłem w zeszłym roku Cry


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mordimer - 18-11-2008 09:12 PM

no pierwsza część zachęca do przeczytania kolejnych. Smile
ok czekam na kontynuację w wydaniu pozostałej dwójki


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 18-11-2008 09:23 PM

hmmmSmile
wszystko w swoim czasieToungue
może (w końcu) mi się uda znaleźć chwilę Smile


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 18-11-2008 09:39 PM

Dzięki, czekajcie cierpliwie!

gosia3ek napisał(a):
hmmmSmile
wszystko w swoim czasieToungue
może (w końcu) mi się uda znaleźć chwilę Smile


No No, żebym nie musiał czekać do wiosny! Pierwszą część mam, zakończenie też, więc dawać mi tu środek! kwasny


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Edyta85 - 19-11-2008 08:28 AM

no to Malladich pewnie będziesz musiał poczekać troszkę giggle


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 19-11-2008 09:56 AM

Phhhh pojechali mi po ambicji to się sprężyłamSmile


Poranek górski
Pobudka jak zwykle dobrze przez 6 ... kolejny raz zastanowienie - po co ja to robię?? zamiast jak człowiek się wyspać w legowisku to nieSmile
i jak zwykle w takim momencie upływ czasu stawia mnie na nogi, trzeba wstawać - góry czekająSmile
o 6 podjeżdza Mieciur, plecak mój waży sobie konkretnie, cóż, jedziemy w końcu na 3 dni.
Szybciutko mijamy Limanową, Maszanę, zmieniamy się za kierownicą i ruszamy w rajd po wsiach wszelakich, nie ma jeszcze 8 rano, wszyscy jeszcze śpią więc Krzysiek trochę piratujeSmile
Korbielów osiągamy nie wiadomo kiedy. Znajdujemy Chatę Baców, gdzie mamy następny nocleg... Dogadujemy się z miłym gospodarzem, bez problemu pozwala nam zostawić autko i nie robi problemów.
No i ... turystyczny tobół na grzbiet - czas w trasę ruszać. Najpierw za niebieskim szlakiem podchodzimy na przełęcz Przysłopy. Z dołu wydaje się ona taka mała, niepozorna. Śmiejemy się - eeee, weźmiemy ją z rozpęd. Cóż, góry nie lubią jak się ich z szacunkiem nie traktuje. Cięzki plecak, konkretne błotko, brak śniadania i podejście - suma tych trzech czynników sprawia, że na przełeczy stajemy umęczeni.
Chwile relaksu... Miejsce odpowiednie żeby się wybyczać do słoneczka, które w tym momencie świeci przepięknie. W końcu - ruszamy żółtym szlakiem , do Sopotni na śniadankoSmile sam szlak - na początku trawersikiem a potem po kamieniach - dosyć stromo w dół.
W sopotni rozkładamy nasz dobytek na jednej z 2 ławek (druga zajęta była przez "folklor piwnyBig Grin" , spożywamy śniadanko i obfotografowujemy wodospad. Szlak zmieniamy znowy - tym razem na czarny. Prowadzi on nas "na kreskę, najpierw przez polany nad wsią, potem przez zrywki drewna, by następnie wejść w las. Z mapy odcinek ten ma wynosić 5 km, ale wydaje nam się dłuższy. Jest on dość nużący, ale w końcu docieramy do niebieskiego szlaku na Romankę. Praktycznie przez cały czarny szlismy w samych podkoszulkach... to się nazywa listopadSmile Na podejściu mijamy dwóch starszych panów, którzy będą nam się przewijać do samej RysiankiSmile

Południe górskie
Na dojściu niebieskiego stwierdzamy, że tak się nie da dalej, te plecaki są za ciężkie i trzeba ulżyć wymęczonym plecom. Wyciągamy więc po puszce napoju turystycznego i delektujemy się ni m dobrą chwilę. Niestety, pogoda zaczyna nam się psuć, robi się szaro i wietrznie. Zbieramy się więc.
Podejście na Romankę - najwyższy szczyt dzisiejszego dnia mijamy w rekordowym tempie. Przecinka przez las , najpierw dosyć stromo a potem trawersem wyprowadza nas na szczyt, niestety jest on zajęty przez dosyć dużą i hałaśliwą grupę więc mijamy go z rozpędu. Szlak zmieniamy zmów na żółty, słoneczko znów zaczyna nam przyświecać. Rozsiadamy się na ławkach, kilka minut od szczytu. Patrzymy na zegarki - coooo? 13?? do Lipowskiej mamy jeszcze z godzinę - przecież nie przyjdziemy na nocleg o 14Big Grin
Postanawiamy się więc wyleżeć, zwłaszcza że i pogoda i widoki do tego nastrajająSmile Pilsko pięknie widać, zza niego wygląda czubek Babiej... Tak spędzamy godzinkę prawie. W końcu jednak trzeba się ruszyć. Szybkim krokiem przemierzamy hale pod Romanką, dochodzimy najpierw do dobicia czerwonego, a potem zielonego szlaku. Możemy się wreszcie delektować pięknem tych okolic - ostatnio mieliśmy tu widok na mgłę Toungue
Schronisko na Rysiance i wielki wydmuch. Wyszliśmy zza zasłaniającego od wiatru grzbietu i wiucha tak że kości skrzypią... Szukamy miejsca na obiad - najpierw przed schroniskiem - za zimno , potem w środku... nie ma miejsca - bunkrujemy się więc na ławce przy wejściu. Niebo z powrotem nam zasłoniło się chmurami - cóż, miał przechodzić front atmosferyczny - dobrze że nie pada. Po pysznym obiadku kanapkowo - pasztetowym wychodzimy na zewnątrz, robimy kilka fotek i nagle na ławce pojawia się Maciek Smile od tej pory plątamy się już razemSmile

Górski wieczórSmile
halę Lipowską i nasz dzisiejszy nocleg osiągamy po kilku minutach. Szybko załatwiamy formalnosci i montujemy się do pokoju - największego oczywiście. schronisko - wielki moloch... co kto lubi, ale atmosfera tam jestSmile w pokoju zastanawiamy się co dalej ze sobą zrobić. tachanie ciężkich plecaków i zmagania z wiatrem troszq nadwyrężyły nasze siły. Postanawiamy więc je odbudować za pomocą pewnego napoju, który ma z wiśniami dużo wspólnegoBig Grin Zajmujemy mały pokoik na piętrze, tzw. świetlicę , wyciągamy karty... i dzieje się Smile
Potem schodzimy na obiadokolację. Ubytki w stanie płynu wiśniowego świadczą, że mamy za dużo czasu Big Grin Postanawiamy więc zrobić sobie jeszcze szlifa na Rysiankę po ciemku... Tak też się staje, fotki stamtąd są hmmm ciekaweBig Grin
Wracamy na miejsce noclegu i już na spokojnie siadamy na jadalni, dalej ciupiemy w karciochy, prowadząc Polaków nocne rozmowyBig Grin Potem grzecznie kładziemy się spać - jutro też czeka nas fajny dzieńSmile


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 19-11-2008 10:11 AM

i dokumentacja fotograficzna Toungue


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - mirek - 19-11-2008 10:26 AM

Super wyprawa i fotki.Panie kolego to jest wyprawa turystyczna a nie na krowia.


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Agnieszka.S - 19-11-2008 02:43 PM

Bardzo miło się czytało i oglądało! Czekam na ciąg dalszy!!!Smile


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Stasiu - 19-11-2008 06:12 PM

mirek napisał(a):
Super wyprawa i fotki.Panie kolego to jest wyprawa turystyczna a nie na krowia.


Teraz Mirku wiesz co człowiek wyprawia po kosztowaniu napoju z wiśniami giggle. To jeszcze nie widziałeś co robimy po zielonej nalewce od Doktora Toungue
Co do relacyjki. Znowu mnie chwyciło za serce. Mam słabość do Beskidu Żywieckiego Huh


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 19-11-2008 06:25 PM

Ja z tego miejsca stanowczo pragnę zaprzeczyć, aby ktokolwiek z uczestników wyprawy prowadził wyżej wymienioną krowę po spożyciu! blink

I to się tyczy zarówno napoju o smaku wiśni, jak i ziemniaków, nasion, zbóż wszelakich jak i produktów mlekopochodnych!!! innocent


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Sokół - 19-11-2008 06:50 PM

Weźcie palnik na Magurkę. jak bedzie zimno to sibie zrobicie chociaż grzańca na szlaku, widzę, ze tatra Wam smakuje, napój turysty....

ładne zdjęcia, ładna pogoda...


szkoda, że mnie się dni pomyliły i chciałem się z Wami umawiać w Zawoi dzień później, ale co sie odwlecze...


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 19-11-2008 07:16 PM

Sokół napisał(a):
Weźcie palnik na Magurkę. jak bedzie zimno to sobie zrobicie chociaż grzańca na szlaku, widzę, ze tatra Wam smakuje, napój turysty....

grzańca nie spożywam (bleh), wogóle - piwo tylko zimneSmile jeden taki z sądeckiej ekipy (mallaidh, chcesz anonimowość zachować?? ) jak będzie grzańca chciał to niech sobie sam palnik taszczySmile

Sokół napisał(a):
szkoda, że mnie się dni pomyliły i chciałem się z Wami umawiać w Zawoi dzień później, ale co sie odwlecze...

anoSmile święte słowaSmile


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 19-11-2008 07:22 PM

gosia3ek napisał(a):
jeden taki z sądeckiej ekipy (mallaidh, chcesz anonimowość zachować?? ) jak będzie grzańca chciał to niech sobie sam palnik taszczySmile


Już nie kwasny


Sokół napisał(a):
szkoda, że mnie się dni pomyliły i chciałem się z Wami umawiać w Zawoi dzień później, ale co sie odwlecze...


No Wy nieźle tam dawaliście czadu! Żeby aż dni pomylić! Tylko na Magurkę się nie spóźnijcie! Wink


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Sokół - 19-11-2008 07:36 PM

Myśmy dawali czadu ale w sensie chodzenia po górach - spozywanie napojów Turysty było ograniczone, ponieważ Mar.an trzymała rękę (i nogę też) na pulsie.
A na Magurkę się nie spóźnimy. Tam, gdzie sa niegrzeczni turyści pijący napój turysty, musi być - w dniu Mikołaja - Mikołaj - no i oczywiście Czort. Ja z tym Czortem moim Piekielnym przyjadę. Bo przecież nikt nie uwierzy, że Mar.an to siostra marianka.

Bo Mar.an to Jaroszek. A jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, co to jaroszek, to zaraz wytłumaczę. Otóż Jaroszek to taki mały rogaty diabełek, co non stop chichocze i pilnuje. Jedne Jaroszki pilnują skarbów, a mój Jaroszek pilnuje i sprawdza, kto jest na Forum on line i co robi.

I chichocze na cały dom.


PS> Kopyt nie posiada. Rogi ma jedynie po przebudzeniu - z włosów. Ogon nie wystepuje.


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - mieciur - 19-11-2008 09:56 PM

Po pierwsze gosia3ek niech Cię tylko dopadnę za tą fotkę na krowie !! grrrrr
a po drugie moja częśc relacji ( drugi dzień) już za chwilkę...


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 19-11-2008 09:58 PM

mieciur napisał(a):
Po pierwsze gosia3ek niech Cię tylko dopadnę za tą fotkę na krowie !! grrrrr

sama radość ... jak ja lubię jak nam się przyjaźń objawiaBig Grin czekam z niecierpliwością (przecież mówiłam że fotka będzie do relacjiToungue ) i tak tę najładniejszą wybrałam, powinieneś się cieszyćToungue

mieciur napisał(a):
a po drugie moja częśc relacji ( drugi dzień) już za chwilkę...

no... wreszcieToungue czekamSmile


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - mieciur - 19-11-2008 09:59 PM

DZIEŃ DRUGI 10 LISTOPADA 2008 PILSKO ? MOJA GÓRA

Po nocy pełnej wrażeń w schronisku na Hali Lipowskiej nadszedł w końcu ten dzień ? dzień wyjścia na Pilsko ? moją górę. Góra to już od dawna siedziała mi w głowie i nie dawała spokoju. Dlaczego ? nie wiem ? w środku mi coś mówiło, że muszę tam być. Już wiele razy chciałem się wybrać ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dlatego tym bardziej się cieszyłem na to wyjście.
Jak zapewne już przeczytaliście w relacji Mallaidha i Gosia3ka w nocy działy się zjawiska dziwne i niewytłumaczalne. Dlatego wstaliśmy dopiero o 7:30 i zaczynaliśmy powoli się brać do życia. Poranek był ciężki, wszyscy wyglądali na trochę ?zmiętych? ale, że góry a zwłaszcza górskie powietrze jest pełne energii szybko doszliśmy do siebie. Przed 9 byliśmy najedzeni, w miarę obudzeni i gotowi do wyjścia. Pada decyzja ? idziemy ! I poszliśmy ? tyle, że na ławkę przed schronisko. Tutaj jeszcze chwila przygotowań przed wyjściem na szlak, dopięcie plecaków, dopasowanie kijków i nareszcie ruszamy. Pogoda piękna, jest rześko, słoneczko świeci jak na listopad to lepszej nie można sobie wymarzyć. Od schroniska idziemy czerwonym szlakiem w kierunku Trzech Kopców (1216). Początkowo szlak biegnie przez malownicze polany. Razem z Gosia3kiem wspominamy nasz majowy pobyt tutaj, kiedy to było tu jeszcze trochę śniegu i mgły. A o takich widokach to nawet nie wiedzieliśmy, że istnieją. Dalej szlak wiedzie lasem. Jak na razie idzie nam się bardzo dobrze ? wszyscy są pozytywnie zaskoczeni. Na Trzech Kopcach robimy krótki postój na łyk dopalacza z termosu i obadanie mapy. Maciek tutaj robi wielką demolkę poustawianych o słupek graniczny kijków trekkingowych tak, że prawie mój termos też by oberwał... Po chwili ruszamy dalej. Szlak wiedzie przecinką grzbietem. Bardzo ucieszył nas fakt, iż na szlaku spotykamy tylko ?samych swoich? czyli prawdziwych plecakowych i nie tylko turystów. Nie ma ceprów, rozdartych gówniarzy i innego badziewia. Jest po prostu super ! Dochodzimy do góry zwanej Palenica (1338). Jak się okazuje jest to punkt zbiorczy wszelkich górołazów. Wszyscy się tu zatrzymują, odpoczywają robią zdjęcia a ławka która się tam znajduje jest cięgle zajęta i żartujemy, że następnym razem trzeba będzie zrobić rezerwacje na miejsca przy niej. Po krótkiej konsumpcji czekolady wracamy z powrotem na szlak. Nie przeszliśmy nawet km jak się ponownie zatrzymujemy bo weszliśmy na przepiękną polanę z widokiem na Pilsko i Babią Górę. Tego nie wytrzymaliśmy w ruch poszły aparaty. Każdy zrobił co najmniej po kilka zdjęć ale warto było. Ale dość tego dobrego ? Pilsko czeka ? trzeba tą górę zdobyć. Idziemy dalej, tempo mamy dobre, humory dopisują jest fajnie. Teraz odbijamy na niebieski szlak graniczny ? do szczytu pozostało nam jakieś 2 km. Podejście zrobiło się bardzo strome ale tempo mamy bardzo dobre i w zasadzie bez boleśnie wdrapujemy się na Polski szczyt Pilska. Ale mi było mało, chciałem wyjść najwyżej jak się da. Więc wśród kosówki jako pierwszy wybiegam i zbliżam się do szczytu. Wreszcie jest ! Pilsko zdobyte ? to o czym myślałem od miesięcy wreszcie się stało. Maciek i Gośka po paru sekundach również są na szczycie. Na szczycie to standardowo, zdjęcia, podziwianie widoków. Widoczność była taka sobie ale i tak jak dla mnie wystarczy. Na Pilsku miałem sesję fotograficzną a to z tego powodu, że Goska i Maciek mieli cyfrówki ? ja takiego sprzętu jeszcze nie odkryłem ? dalej jestem w erze kamienia łupanego czyli lustrzanki analogowej... Na szczycie długo nie siedzimy, zaczyna się robić zimno a do tego pojawiają się cepry z pobliskiego schroniska na Hali Mizowej. Tam właśnie zmierzamy. Jako drogę dojścia do celu wybieramy żółty szlak. Szlak ten troszkę nas zdenerwował. Nie dość, że czas przejścia się nie zgadzał to do tego był strasznie zabłocony, wąski, kamienisty śliski a że szliśmy z dużymi plecakami to trochę nas zmęczył. Ale Wreszcie docieramy do schroniska. Szukamy miejsca na odpoczynek. Najpierw wchodzimy do schroniska, ale tutaj jak w restauracji i czujemy się trochę obco. No nic, postanawiam poprosić o wrzątek i gdzieś w kącie zjeść ?obiad?. Przy barku wisi karteczka : ?wrzątek dostępny w Sali turystycznej? hm? No trudno, pytamy się obsługi gdzie owa sala jest i po chwili wszystko staje się jasne. Trafiamy do pomoszczenia gdzie jest tak jak powinno ! Znowu spotykamy ?swoich? są tam normalne ławki i stoły 9 każda z innej parafii) a na podłodze jest pełno błota z buciorów górskich. Tutaj czujemy się jak u siebie. Spożywamy pyszny obiadek, Maciek pije grzane piwo, Gośka zwykłe ja chwilowo mam dość. Takie rozwiązanie z salą turystyczną wydaje mi się dobre. Bo górołaz jest wśród swoich, nie musi się mordować w luksusie i z ceprami, wrzątek ma do woli (są tam czajniki). Z drugiej jednak strony pachnie to trochę segregacją ludzi. Ale to już temat na inną rozmowę. My po ponad godzinnym odpoczynku musimy ruszać dalej. Strasznie się nie chce, ale musimy zejść do Korbielowa na nocleg. Jako, że jesteśmy już zmęczeni wybieramy najprostsze zejście żółtym szlakiem. Początkowo idzie się ok. Ale potem szlak zaczyna nam się strasznie dłużyć. Do tego idziemy cięgle monotonnie trawersem w dół doliny do drogi do której nie możemy dojść. To strasznie dobija psychicznie jak się idzie a drogi wcale nie ubywa. Ale w końcu docieramy do wsi. Dochodzimy do głównej drogi i kierujemy się w stronę Chaty Baców gdzie mamy rezerwacje. Z daleka widzimy już moje autko. Na nocleg meldujemy się koło 17 godziny. Dostajemy 2 osobowy pokój bo rezerwacja była na2 osoby bo Maciek do końca był niepewny. Ale, że gospodarz dołożył nam dodatkowy materac więc dajemy radę. Przed nocą wybieramy się na zakupy i coś zjeść. Znajdujemy w końcu sklep i m. in. Kupujemy ostatni chleb to się nazywa fart. Udaje się nam także odnaleźć pizzerię a, że z Gośką bardzo lubię pizze jesteśmy tym bardziej szczęśliwi. Potem już wracamy na nocleg. Wieczór upływa nam na popijaniu piwa i planowaniu dnia następnego. Ale o tym już w kolejnej części relacji...


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 19-11-2008 10:20 PM

mieciur napisał(a):
dzień wyjścia na Pilsko ? moją górę. Góra to już od dawna siedziała mi w głowie i nie dawała spokoju.

a mi przy okazji też... ile ja sie nie nasluchałam...
a siedziała Ci w głowie od lutego, odkąd Pilsko z Babej zobaczyłeśSmile

fajna relacyjka... tylko jakie zjawiska dziwne i niewytłumaczalne?? ja tam nic nie wiemToungue

to jeszcze parę fotekSmile


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 20-11-2008 11:07 AM

(Dobra, kończę tą relację ostatnią epopeją)


Pobudka. Przez nieszczelne okna do izby zagląda górski przymrozek. Nie duży, nie groźny jeszcze, lecz wystarczająco silny, by posrebrzyć szyby domów i samochodów, a na trawniku rozłożyć biały dywan. Szybkie śniadanie. Kawa. Za chwilę lądujemy w Ticu.i opuszczamy zaspany Korbelów w kierunku przełęczy Glinne. Przejście graniczne wygląda jakby zostało porzucone w popłochu. Za nim rozciąga się skąpana w słońcu Słowacja. Z głównej drogi odbijamy w lewo, w stronę dzisiejszej Góry. Na zachodzie widać, jak ze snu budzi się Pilsko wystawiając swój łysy łeb do promieni. Babia jeszcze drzemie pod kołdrą mgieł, ale też powoli zbiera się do życia. Parkujemy przy schronisku. Szybko wdziewamy turystyczne mundurki, bo mrozik korzysta z każdej okazji, by wcisnąć się w szczeliny ubrania. Od razu ruszamy na szeroką, błotnistą drogę prowadzącą przez świerkowy las. Teren jest płaski jak tafla jeziora. Wysokie drzewa stoją na baczność salutując nam niczym oddziałom wojsk ruszającym na wojnę. Czy bez powrotu?

Z rozciągającej się szeroko polany widać szczyt Babiej Góry wsparty na ramieniu, po którym przyjdzie się nam wspinać. Wchodzimy na asfalt. Mijamy muzeum poświęcone lokalnym twórcom literackim i odbijamy w lewo, na zalesiony stok. Robi się coraz cieplej, ściągamy kolejne warstwy ubrania dochodząc do pędzącego przez rumowiska potoku. Kilka zdjęć i pniemy się coraz wyżej ku górze. Jest połowa listopada, a idziemy w samych podkoszulkach. Pomyśleć, że przecież nikt nie byłby w szoku, gdyby leżało tu już pół metra śniegu. Z lewej strony wyrastają zdobyte kilka dni wcześniej szczyty Romanki, Rysianki i Pilska. Wchodzimy do rezerwatu przyrody. Tablice napisane są w językach słowackim i polskim. Nie dziwi nas to wcale, zważywszy że 90% turystów w tych przygranicznych terenach stanowią właśnie Polacy. Jakby na potwierdzenie tych słów przy wiacie spotykamy polską parę. Oni właśnie kończą odpoczynek, my decydujemy się na drugie śniadanie. Chleb z pasztetem wydaje mi się już nierozerwalnie związany z górskimi wyprawami. Jest tak pewny jak to, że po każdej nocy nastąpi dzień. Jeszcze tylko łyk tajemniczej mikstury mieciura, który niczym druidzki kapłan skwapliwie dzieli go po kubeczku swoim wojom - i ruszamy dalej. Przez coraz bardziej skarlałe świerki widać zarysy szczytu Diablaka. Szlak wyraźnie odbija w prawo - rozpoczyna się trawers pod szczyt. Z prawej strony wyrasta szeroki grzebień Tatr, ale za mgiełką, która spowiła Podhale i Orawę. Tafla Orawskiego jeziora skrzy się i błyszczy, jak dziecko bawi się światłem puszczając zajączki po horyzoncie. Przyśpieszamy. Mijamy drugą wiatę i dochodzimy do słupa granicznego. Stąd już tylko kilkaset metrów na szczyt, prosto przez zarośla kosówki, po skalnych schodach do nieba. Gosia3ek wyrywa się na przód jak zwolniony z powrozów koń. Jej góra w końcu, niech leci.

Gdy opuszczamy pas kosówki, uderza nas poryw wiatru. Smagani nim po plecach, prawie wbiegamy na kopułę szczytu. Odwracam się za siebie, to błąd. Dostaję w żeby pięścią wiatru i połykam kilogram zimnego powietrza. Byle szybciej, byle schować się za kamienny pas, ubrać kurtki, cokolwiek. Na szczycie tłoczno, ludzie przytuleni do skał jak porosty, szukają schronienia. Babia Góra ściągnęła po posiłki z południa i prowadzi mocny ostrzał na pozycje turystów. Czapki i rękawiczki to teraz wybawienie ? tylko jeszcze trzeba je mieć. Przez chwilę odpoczywamy. W końcu z aparatami w dłoniach, niczym partyzanci wychylamy się z okopów. Strzelamy na oślep. Wiatr prawie przygniata ciała do ziemi. Nie daje oddychać. Trudno utrzymać aparat w rękach by nim nie poruszyć. Po kilkunastu fotkach kostnieją paluchy. Jeszcze chwilę i uciekam przed kulami wiatru za skały. Uznaję wyższość żywiołów.

Ludzie wchodzą i schodzą na zmianę. Niektórzy zaskoczeni takim powitaniem przez Królową, mają ewidentny problem z pokonaniem kilku metrów. Kamienie, które leżą w cieniu pokrywa zdradliwy szron. W końcu zakładamy kaptury, zapinajmy się jak przed wyprawą w kosmos i ruszamy ku przełęczy Brona. Dobrą chwilę zajmuje złapanie odpowiedniego rytmu marszu. Wiatr szaleje od lewej. Prawie można się na nim położyć zbiegając w dół. Mam dość i chcę dotrzeć do kosówki jak najszybciej. Opaskę nasuwam na ryjek, by choć trochę zmniejszyć ilość połykanego powietrza. Dwa razy o mało nie wywijam orła dzięki twórczej współpracy wiatru i szronu. Dobrze, że są kijki. Dopiero w pasie kosodrzewiny można zwolnić. Dochodzimy na przełęcz. Szukamy zacisznego miejsca na krótki odpoczynek. Na próżno. W cieniu zimno, a na słonecznych, lecz wietrznych polanach nie da się usiedzieć. Czujemy się zmęczeni, wydmuchani na dziesiątą stronę. Przez chwilę była opcja zejścia do Markowych Szczawin, by podbić pieczątki na pocztowych kartkach ? ot takie małe zboczenie. Plan jednak jakoś uleciał nam z głów. Teraz tylko ostatnie podejście na Małą Babią przy ciągłej walce z żywiołem powietrza. Pędem osiągamy przytulną granicę lasu, drzewa biorą nas w swoje ramiona, dają schron. Jednak już do samego końca nie rozepniemy kurtek. Promienie słońca są za słabe, by dobrze nas ogrzać.

Przez zwalone drzewa, wykroty i polany zrębowe schodzimy w dół. Po drodze jeszcze jedna przerwa na ulubiony pasztecik. Szybko tracimy wysokość. Błotnistą dróżką schodzimy ku potokom. Nagle ciszę otaczającego lasu przerywa plusk i słowo powszechnie uznawane za obelżywe. Obracam się. Gosia3ek jedną połową ciała zaryła w dorodne leśne błocko. Całym biodrem. Po łokieć. Z kijkiem włącznie. Masakra. Przez moment świta mi w głowie myśl, czy aby nie wyciągnąć aparatu. Nie odważam się jednak, mina Gośki wskazuje dobitnie, że resztę drogi przebyłbym z kijkiem wystającym z pleców. Przynajmniej?Wyciągnięty z kałuży gosia3ek wygląda jak po manewrach w Drawsku Pomorskim. I wcale nie jest szczęśliwy. Nie komentujemy za bardzo tego nieszczęścia. Jednak kilkuminutowa toaleta w następnej kałuży i może nie nadaje się jeszcze na salony, ale na dalszą drogę na pewno. Tylko pranie trzeba będzie zrobić większe.

Po chwili docieramy do drogi. Teraz już po płaskim, lecz wciąż bacząc na czające się wszędzie kałuże, pokonujemy ostatni etap dnia. Robi się szaro, temperatura raczej zimowa. Przy pierwszych zabudowaniach stajemy zdziwieni. Za płotem pasą się?dziki. Całe stado dzików nawet. Robimy zdjęcia, a one podchodzą do siatki cała zgrają. I dają głos. Na cały ryj. A było ich kilkanaście. Po chwili doliną poniósł się skowyt jakby ktoś żywcem zarzynał wszystkie dziki Beskidów. Z ciarkami na plecach oddalamy się stamtąd, by nie prowokować świnek do śpiewu. Ewidentnie słoń nadepnął im na uszy?

Jeszcze chwila i dochodzimy do parkingu. Tak samo jak rankiem, tak i teraz zaczął podszczypywać nas przymrozek. Szczyty dwóch Bab pokryły się brązowym odcieniem zachodzącego słońca. Zmrok zatrzasnął dzień w tym samej chwili, gdy my drzwiczki od samochodu. Przekręcamy kluczyk, pociągamy zawleczki i ruszamy w drogę do domu.
Zostawiamy góry sam na sam z wychodzącą zza rogu zimą.


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 20-11-2008 04:45 PM

ok:
miło się czytało MaćkuSmile
dzięki za wzięcie na siebie tej częsci relacjiSmile
ehhh no to kiedy następny raz ekipa sądecka rusza na szlak?? Smile


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 20-11-2008 06:11 PM

I jeszcze fotek parę:

[attachment=17252][attachment=17253][attachment=17254][attachment=17255][attachment=17256]


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 20-11-2008 06:13 PM

i....

[attachment=17257][attachment=17258][attachment=17259][attachment=17260][attachment=17261]


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Stasiu - 20-11-2008 06:50 PM

Ale mieliście fajnie Sad. Ja zawsze, kiedy tam jestem, nie miałem takiej pogody.
Mallaidh - jeszcze chwilka i możesz dołączyć do panów fotografów - Mzak i Bios. Podoba mi się Twój opisywania wycieczki. Fajnie i mile się czytało. Tylko mnie zawiodłeś, że nie miałeś odwagi pstryknąć fotoczkę "wycioranej" Gosi. Trzeba było ryzykować i przebiciem kijkiem trekingowym. Taka foteczka by teraz była na wagę złota. Akurat by pasowała do tej czwartej w ostatniej sesji i Mieciura na gipsowej Milce giggle


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - gosia3ek - 20-11-2008 06:57 PM

Stasiu napisał(a):
Tylko mnie zawiodłeś, że nie miałeś odwagi pstryknąć foteczkę "wycioranej" Gosi. Trzeba było ryzykować i przebiciem kijkiem trekingowym. Taka foteczka by teraz była na wagę złota.

uhm
hmmmm myślę że Maćkowi życie jeszcze miłeSmile
a Ty Stasiu mi ich nie prowokuj, bo jak następnym razem taka sytuacja (nie daj Boże) by się przydarzyla, zamiast mi podać pomocną dłoń panowie sięgną po aparaty... a tego byśmy nie chcieli (dla ich własnego zdrowiaBig Grin)


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Stasiu - 20-11-2008 07:07 PM

Gosia. Na GFD jesteśmy w pierwszym rzędzie profesjonalistamifiuuuu. Trzeba zachować kolejność - najpierw dokument i potem pomoc giggle. Musimy liczyć się ze stratami Toungue


RE: Przeminęło z wiatrem - czyli pożegnanie jesieni w Beskidzie Żywieckim. - Mallaidh - 20-11-2008 10:39 PM

Zgoda Stasiu Shy Mój błąd niewybaczalny! Następnym razem się nie zawaham! (i dzięki za pochwały, ale jeszcze sporo wody w strumieniach upłynie...)

Choć to jakby robić zdjęcie rozjuszonemu bawołowi afrykańskiemu - mała szansa przeżycia Wink

Gosiu, wychodząc w góry trzeba się liczyć z ofiarami w ludziach. Zasada 66% się kłania Wink
(a teraz ćwiczymy jak stanąć przed Tobą i powiedzieć to samo w oczy...unsure)